Padem o ścianę

Ashen – recenzja

Kamil Mikos

Gra o której nie słyszałeś.

Historia powstawania Ashen jest dość kręta i zawiła. Gra została zaprezentowana po raz pierwszy na targach E3 w 2015 roku i od tamtej pory słychać było o niej wyjątkowo niedużo. Od czasu do czasu zaserwowano nam jakiś gameplay, ale ci którzy próbowali znaleźć więcej informacji, musieli obejść się smakiem. Datę premiery wyznaczono enigmatycznie na rok 2018. Mijały kolejne miesiące niecierpliwych oczekiwań, a kiedy na kalendarzu pojawił się grudzień, nadzieje na wydanie gry w tym roku coraz bardziej się oddalały.

Dzień po Mikołajkach, 07 grudnia 2018, Microsoft wjechał cały na biało i ni stąd ni zowąd ogłosił pojawienie się gry w usłudze Game Pass. Niestety, coś po drodze nie wyszło (a wiemy, że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze) i do zapowiadanej premiery na Windows 10 i dostępu do gry w ramach opcji PlayAnywhere nie doszło. Do takiego stanu rzeczy przyczynił się nieznany dotąd sklep Epic Store, który „skradł” premierę gry na PC i trochę marketingu.

Przez to, że premiera gry odbyła się niespodziewanie i miała bardzo mierny marketing, Ashen zaginął gdzieś w cieniu wielkich jesiennych premier. Jak przekonacie się w poniższym tekście, jest to gra która w pełni zasługuje na wysokie noty w zagranicznych serwisach (piszę o zagranicznych, bo polskie media growe o dziwo w ogóle nie zauważyły tej gry i nikt nie kwapi się do jej zrecenzowania).

Ale o co chodzi?

Historia świata gry jest dość enigmatyczna. Intro przedstawia nam dzieje Szarówki – wielkiego świetlistego ptaka, który jest swego rodzaju słońcem. Po wiekach rozświetlania świata, ptak umiera, a wszystko wokół pogrąża się w ciemności. Grę zaczynamy w momencie, w którym Szarówka się odradza, a do krainy powraca światło. Jesteśmy świadkami odradzania się wszystkich istot, które powoli wracają do zniszczałych budynków i starają się zacząć życie na nowo. Okazuje się jednak, że nie wszystkim powrót światła jest na rękę. W epoce ciemności narodziły się mroczne istoty, które za wszelka cenę będę nam przeszkadzać w realizacji zadań. Będą one polegać na: zbudowaniu osady, odnalezieniu towarzyszy oraz połączeniu wcześniej rozdzielonego serca Szarówki, które pozwoli na jej całkowite odrodzenie. Nie będę zdradzał więcej – niech każdy z Was odkryje tę tajemnicę we własnym zakresie.

Kraina, po której przyjdzie nam hasać, jest dość rozległa, ale podzielona na fabularne obszary. Dzięki temu łatwiej nam się ogarnąć i mieć pewność, że nie trafimy tam, gdzie nie będziemy mieli żadnych szans na przetrwanie. Obszary są dość zróżnicowane: napotkamy w nich przede wszystkim ruiny starego świata, a także kryjące w sobie różne mroczne poczwary jaskinie i podziemia. Miłym zaskoczeniem jest fakt, że im dłużej gramy, tym gra ma dla nas więcej rozwiązań, takich jak szybka podróż czy teleportacja na krótkie odległości. To sprawia, że odkrywanie świata nie nudzi i zachęca do ponownych odwiedzin już odkrytych regionów w celu eksploracji wcześniej niedostępnych miejsc. Takie namiastki metroidvaniowe w grze RPG to ogromny plus. Wiele obszarów jest także skonstruowanych tak, że wymagają od nas iście platfomówkowej zręczności. Zwykle w tak trudno dostępnych miejscach kryją się rożne składniki rzemieślnicze lub elementy wyposażenia, więc warto zaglądać w każdy zaułek mapy.

Jak w to grać?

Oprócz tego, że Ashen jest RPG-iem, to należy też do gatunku souls-like, czyli korzysta z wielu dostępnych rozwiązań spotykanych wcześniej w podobnych grach. Mowa tu przede wszystkim o walce. Standardowo mamy tutaj cios lekki, cios mocny, unik, blok i uderzenie tarczą. Wrogowie już od samego początku stanowią wyzwanie i szarżowanie w stylu Rambo się tutaj nie sprawdza. Przeciwnicy nie są zbyt mocno zróżnicowani, ale każdy obszar zapewnia nam mocniejsze odpowiedniki znanych już oponentów lub całkiem nowe maszkary do pokonania. W tej kwestii nie ma na co narzekać, zwłaszcza że każdy z przeciwników stosuje inną strategię podczas walki. Oprócz standardowych przeciwników mamy mini-bossów, którzy stanowią cel niektórych misji pobocznych – są to mocniejsze wersje standardowych wrogów, oraz prawdziwych bossów z paskiem życia na szerokość całego ekranu. Walka z nimi przypomina starcia z gier typu Souls. Trzeba się liczyć z tym, że każdy ich cios zabiera nam znaczną część życia, podczas gdy sami muszą przyjąć tych ciosów kilkadziesiąt, zanim padną.

Za pokonanych przeciwników dostaniemy ‚skorię’ – odpowienik dusz z Soulsów. Zapasy skorii nosimy cały czas przy sobie (kiedy zginiemy, cały jej zapas pozostawiamy w miejscu naszej porażki). Aby ja odzyskać, musimy się wrócić w to samo miejsce, co zwykle wiąże się ponownie z napotkaniem dużo mocniejszego od nas przeciwnika. Nie pomaga nawet fakt, że podróż powrotną zaczynamy od ostatniego kamienia ceremonialnego. Pełni on funkcję taką samą jak ognisko w Dark Souls. Tak samo jak w pierwowzorze, po skorzystaniu z kamienia wszyscy przeciwnicy się odradzają, więc droga po utraconą walutę nie musi być wcale taka łatwa. Z drugiej strony nasza tykwa z uzdrawiającą żywicą zostaje uzupełniona co trochę wyrównuje nasze szanse.

Ale gdzie to RPG?

Muszę przyznać, że najbardziej oryginalne rozwiązania twórcy zastosowali do rozwoju postaci. W odróżnieniu od innych gier z tego gatunku, nie znajdziemy tu poziomów doświadczenia, a postać opisuje zaledwie garstka statystyk (zdrowie, wytrzymałość, obrona i obrażenia). Dwie pierwsze rozwijane są wraz z postępem fabularnym oraz poprzez znajdywane tu i ówdzie pióra Szarówki. Dwie ostatnie definiowane są przez nasze wyposażenie na które składa się odzienie, tarcza, broń jednoręczna, broń dwuręczna i broń miotana. Pancerze i tarcze definiowane są przez wspomniane wcześniej punkty obrony oraz modyfikatory do wytrzymałości (im lepsza obrona tym gorszy wpływ na regenerację). Broń opisują zadawane obrażenia oraz szanse na trafienie krytyczne (siekiery) lub ogłoszenie (broń obuchowa). Ostrzegam, w grze nie spotkamy żadnych mieczy –twórcy stwierdzili, że jest to broń zbyt skomplikowana do wytworzenia jak na społeczeństwo wstające z kolan i tego typu broń nie pasowałaby do lore gry. Jeśli chodzi o broń miotaną, to mamy do dyspozycji jedynie włócznie, którymi dodatkowo można walczyć na krótki dystans. Broń do walki bezpośredniej możemy ulepszać na kowadle w swojej osadzie. Zapłacić za taką usługę musimy zgromadzoną skorią oraz znajdywanymi tu i tam składnikami rzemieślniczymi.

Można by uznać, że jest dość ubogo, ale twórcy zastosowali jeszcze jedno ciekawe rozwiązanie. Postać wyposażona jest w relikwie (na raz można nosić tylko jedną). Ta podstawowa, którą mamy od początku gry, nie daje nam żadnych bonusów, ale po pokonaniu każdego z bossów otrzymujemy kolejną, której używanie niesie za sobą spore korzyści. Każda relikwia posiada miejsce na 4 talizmany. Talizmany to pasywne bonusy do naszych statystyk i umiejętności, np. +5% do zdrowia, -50% do kosztów wytrzymałości podczas sprintu, czy bardziej skomplikowane jak bonus do zdrowia wzrastający wraz z odległością oddalania się od osady. Talizmany zdobywamy za wykonywanie misji i możemy za ich pomocą spersonalizować postać wg naszych potrzeb.

Co tu robić?

Oprócz głównego zadania, nasza historia splecie nas z kilkoma postaciami, które postanowią dołączyć do naszej osady i wspomogą nas w walce – zarówno bezpośrednio, walcząc ramię w ramię, jak i poprzez świadczone przez nich usługi. Każdy towarzysz ma własną historię i cel. Pomaganie im w rozwiązywaniu problemów niesie ze sobą sporo korzyści – każda zakończona wyprawa (czyli side quest) gratyfikuje nas rozwojem osady, wzmocnieniem towarzysza oraz ulepszeniem świadczonych przez niego usług jak np. wytwarzanie włóczni, powiększanie tykwy na uzdrawiającą żywicę czy ulepszenie latarenki niezbędnej do zapuszczania się w mroczne podziemia. Historie dotyczące postaci pobocznych są ciekawe, ale ich wykonanie wiążą się głównie z odnalezieniem i pokonaniem jakiejś postaci. W jednym przypadku pomożemy zdjąć rodzinną klątwę, w innym zaś odnaleźć zaginioną siostrę. Towarzysze pojawiają się przez całą grę. Jest ich w sumie ośmioro, z czego 3 prowadzi główny wątek, a 5 – misje poboczne.

Jak wspomniałem, w podróż wybierzemy się wspólnie z jednym, wybranym przez nas towarzyszem. O tym, kto do nas dołączy po wyjściu z osady, decyduje misja, którą ustawimy jako aktywną. Trzeba przyznać, że nasi towarzysze to świetni wojownicy, doskonale radzący sobie w walce. Nie raz też uratują nam skórę, kiedy zostaniemy pobici. Działa to podobnie jak w grach z serii Gears of War – kiedy jeden z nas polegnie, trzeba do niego podbiec i przytrzymać przycisk A. Czasami jest to bardzo trudne, np. kiedy otacza nas cała grupa wrogów. Ale towarzysze często są w stanie przyjąć na klatę kilka razów, aby tylko nam pomóc. Należy pamiętać, że odratować towarzysza można tylko raz – jeśli padnie raz drugi, ginie i zostaje przeniesiony do osady. To samo dzieje się z nami, dlatego zapuszczając się w jakiś trudny teren, trzeba mieć na uwadze fakt, czy już zostaliśmy raz uratowani czy nie.

Niestety, AI towarzyszy nie jest doskonałe, zdarza im się zawiesić w trakcie podróży i patrzeć przed siebie bez ruchu albo wpaść do wody lub w przepaść, z których nie da się już ich odratować… Na szczęście są to sytuacje marginalne, ale przy tak wymagającej grze często bardzo dotkliwe.

Co z tym coopem?

Jak pewnie obiło Wam się o uszy, Ashen wspiera grę w kooperacji, ale robi to w bardzo pokrętny sposób. Gra paruje ze sobą graczy podczas korzystania z kamieni odnowy, ale drugi gracz wciela się w postać naszego towarzysza, a my w jego… Poprzez takie rozwiązanie w ogóle nie wiedziałem, że gram z innymi graczami i mocno się irytowałem na zachowanie towarzyszy, bo nie szli tam, gdzie chciałem (często się odłaczali i ogólnie słabo szła nam współpraca). Myślałem, że to przez kulejące AI, ale potem doczytałem, że to po prostu inny gracz który tak samo narzekał pewnie na mnie. 😉 Jest też opcja łączenia się z konkretnym graczem poprzez zostawienie na kamieniu specjalnych znaków, ale nie wypróbowałem jej. Dla swojej spokojności wyłączyłem opcje gry online i korzystałem jedynie ze wsparcia sztucznej inteligencji, której, jak pisałem, nie można wiele zarzucić.

A jak to wygląda?

W grze zastosowano bardzo oryginalny styl graficzny. Obecny jest lekki cel-shading, przez co gra wygląda na komiksową animację. Obszary są rozległe i bardzo zróżnicowane. Całość hula w natywnym 4k na Xbox One X i trzeba przyznać ze gra wygląda pięknie, mimo że miejscami ascetycznie. Może przeszkadzać np. to, że postaci nie mają twarzy, przez co nawet początkowy kreator postaci wydaje się mocno umowny.

Muzyka z kolei jest niezwykle subtelna i świetnie buduje nastrój. Autorzy zadbali o nagranie każdej mówionej kwestii,dzięki czemu postaci wydają nam się bardziej naturalne.

Dobre to?

Trzeba przyznać ze Ashen jest grą bardzo oryginalną i, jak na produkcje niezależną, bardzo ambitną. Szczególne brawa należą się za dopracowanie produkcji – nie licząc jednego crasha przez całą rozgrywkę, nie napotkałem żadnego buga. W czasach kiedy najwięksi wydawcy serwują nam półprodukty należy mocno docenić taką skrupulatność.

Gra bierze znane już mechaniki z innych gier, łączy je ze sobą i podaje w bardziej przystępnej i przyjemnej formie. Zawsze chciałem ukończyć serię Dark Souls, ale trafiałem na taki etap, gdzie już nie starczało mi cierpliwości, często wydawało mi się że gra jest po prostu nieuczciwa w stosunku do gracza. Ashen nie jest łatwą grą, ale nie wymaga od nas 20 godzin prób na pokonanie jednego bossa, a porażki nie powodują u nas nerwicy. Tajemniczość świata sprawia, że chcemy cały czas przeć do przodu, a wyważeni przeciwnicy sprawiają, że z jednej strony czuć naszą wzrastającą potegę, a z drugiej że w każdy kąt należy zaglądać z rozwagą, bo nie wiadomo co za nim czeka.

Jak dla mnie Ashen jest najlepszą niespodzianką 2018 roku. Polecam ją każdemu, komu podoba się formuła Soulsów, ale nigdy nie odważył się na zagranie ze względu na wysoki poziom trudności. Kto wie, może to właśnie Ashen będzie tym niższym progiem wejścia dla gier typu Souls-Like.

Warto tez wspomnieć, że od premiery gra dostępna jest w usłudze Xbox Game Pass, więc jeśli chcecie się z nią zapoznać, nie wydając na nią pełnej kwoty, to nie ma na to lepszego sposobu.

Tytuł: Ashen
Gatunek: Action-RPG, soulslike
Wydawca: Annapurna Interactive
Data premiery: 07.12.2018
Średnia na Metacritic: 81
Cena: 189,99 zł (lub jako cześć usługi Xbox Game Pass – 40 zł / miesiąc)
Strona sklepu: https://www.microsoft.com/pl-pl/p/ashen/bnxlppcvs0hn?activetab=pivot:overviewtab

Gra ukończona w ramach abonamentu Xbox Game Pass opłaconego z własnych środków.


Copyright © 2019 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.