Padem o ścianę

Assassin’s Creed Odyssey – Recenzja

Paweł Jastrzębski

Po dwuletniej przerwie, jaką Ubisoft zafundował nam, między Assassin’s Creed Syndicate a Assassin’s Creed Origins, francuska firma wróciła chwilowo do corocznego cyklu wydawniczego, fundując na w 2018 r. Assassin’s Creed Odyssey. Rodziło to uzasadnione wątpliwości odnośnie jakości najnowszej części serii i zbyt mało różnić w stosunku do poprzedniczki. Jak wyszło, dowiecie się z lektury tego tekstu.

Przez długi czas Ubisoftowi udawało się trzymać Assassin’s Creed Odyssey w tajemnicy, co jest o tyle godne podziwu, że jeśli wierzyć doniesieniom medialnym gra była prawie na ukończeniu już w zeszłym roku, gdy wychodziło Assassin’s Creed Origins. Ostatecznie tytuł wyciekł w maju 2018 r., a oficjalnie Ubisoft potwierdził tytuł, czas i miejsce akcji w czerwcu 2018 r., by na późniejszych targach E3 zaprezentować grę w akcji. Ostatecznie Assassin’s Creed Odyssey pojawiło się na półkach sklepowych 5 października 2018 r. osiągając bardzo przyzwoite recenzję – jej średnia na metacritic to 87 punktów.

Pierwszą rzeczą jaka nam się rzuci w oczy podczas przygody z Assassin’s Creed Odyssey, to wybór kim zagramy – Alexiosem czy Kassandrą. W przeciwieństwie do Assassin’s Creed Syndicate tutaj wybieramy postać na całą grę, a nie tylko na poszczególne misje – od tej decyzji nie ma powrotu. Ja wybrałem Kassandre – raz, że  wole patrzeć się na damski tyłek niż na męski, a dwa, że Kassandra nie dość, że wydaje się sympatyczniejsza od burakowatego Alexiosa, to jeszcze jest bohaterką kanoniczną. Stąd w poniższym tekście odnosząc się do bohatera, będę używać jej imienia.

Gra zaczyna się w iście epicki sposób – Bitwą pod Termopilami, w której jak wiemy legendarny przywódca Sparty – Leonidas, stawił czoło ogromnej armii perskiego króla – Kserksesa. Szybko jednak następuje przeskok w czasie, gdy poznajemy naszą bohaterkę – mieszkającą na wyspie Kefalonia  Kassandrę. Nie będzie spoilerem (bo to raz, że informacja znana jeszcze przed wyjściem gry), potwierdzenie, że jest ona wnuczką wcześniej wspomnianego Leonidasa i dzierży jego włócznie (a właściwie to co z niej zostało). Początek gry, podobnie jak we wcześniejszym Assassin’s Creed Origins, jest spokojny. Spędzamy go na udzielaniu pomocy Markosowi – mocno lekkomyślnemu handlarzowi/kombinatorowi, który przygarnął Kassandrę jako dziecko. Dzięki takiemu zabiegowi, w miarę spokojnie jesteśmy wprowadzani w mechanikę gry i zalążek fabuły.

Tym co startuję fabułę Assassin’s Creed Odyssey jest informacja jaką Kassandra uzyskuje odnośnie jej Ojca, do którego żywi ona dosyć mocną urazę (z powodów, których nie chcę zdradzać). Dołącza (a raczej przejmują ją) zatem do załogi statku Adrestia, do tej pory zarządzanej przez Barnabasa i wyrusza w grecki świat zaczynając swoją odyseję.

Ogólnie fabuła Assassin’s Creed Odyssey stoi na bardzo wysokim poziomie – widać, że w porównaniu do Origins mocno nad nią pracowano. Składa się ona w zasadzie z kilku wątków – rodzinnej Odysei, walki z kultem Kosmosa i polowanie na mityczne stwory potrzebne do … sami dojdziecie do czego. Każdy z tych wątków mocno się przeplata, tworząc jedną całość, która wciąga, jest spójna, a co najważniejsze interesująca i długa. Także za to zdecydowanie należą się Ubisoftowi brawa.

Jedynym minusem gry może być fakt, że mało jest Assassyna w Assassynie – gra mocno odeszła od swoich korzeni i o ile Origins opowiadał o początku Bractwa, tak w Odyssey, trzeba znać mocno korzenie serii, by dopatrzeć się wspólnego mianownika z wcześniejszymi odsłonami. Mimo wszystko z czasem wszystko się ładnie zazębia, więc jest to tylko delikatny minusik, nie wpływający w moim odczuciu na odbiór całości.

Tłem dla rozgrywki jest Wielka Wojna Peloponeska, którą toczyły w latach 431-404 p.n.e. Sparta (wspierana przez Związek Peloponeski) i Ateny (wspierane przez Ateński Związek Morski) o przywództwo nad całym greckim światem. Z wojną wiąże się jedna z nowych mechanik gry – masowe bitwy. Lądując na danym regionie mamy możliwość osłabiania lokalnej władzy, poprzez niszczenie zapasów, zabijanie generałów itp. Następnie mamy możliwość wzięcia udziału w Podboju – zarówno po stronie atakującej jak i broniącej się. Podbój polega głównie na tym, że dwie armie mierzą się ze sobą na polu bitwy, a naszym zadaniem jest wycięcie w pień odpowiedniej liczby przeciwników, co sprawi, że reszta ucieka w popłochu. Za skuteczny podbój nagradzani jesteśmy odpowiedniego rodzaju ekwipunkiem. Teoretycznie nasza postawa ma szansę przechylić szale wojny, ale w praktyce nic nie zmienia w grze. Dodatkowo, jak wszyscy pamiętamy z lekcji historii (w końcu starożytność przerabiało się kilka razy, a XX wiek tylko po łebkach i raz) wojnę tę wygrała Sparta, więc nasz wpływ jest wyłącznie iluzoryczny.

Niemniej jednak świat w jakim przychodzi nam się poruszać jest niesamowicie żywy i ani przez chwilę nie ma poczucia, że nie ma co robić. Pomaga w tym jego spore zróżnicowanie. Podobnie jak w Assassin’s Creed Origins świat podzielony jest na kilka regionów, do których dostęp zalecany jest postaciom o konkretnym poziomie doświadczenia. Mamy jednak do dyspozycji praktycznie cały znany grecki świat (z bardziej znanych miejscówek nie doszukałem się jedynie Rodos), po którym przyjdzie nam się poruszać pieszo, konno lub na pokładzie statku. Tak – po dłuższej nieobecności wracają statki i są dokładnie takie jakie je zapamiętaliście z Assassin’s Creed IV Black Flag (tyle tylko, że ze strzałami zamiast armat. Nasz statek służyć nam będzie głównie jako pomoc w podróży między poszczególnymi greckimi wyspami, ale nic nie stanie na przeszkodzie, by z jego pomocą posłać w objęcia Posejdona kilka wrażych statków.

Tradycyjnie dla serii spotykamy kilka postaci historycznych, którzy nie tylko służą za dawców questów, ale także aktywnie biorą udział w historii – przez Assassin’s Creed Odyssey przewinęli się  m.in. Sokrates, Herodot, Hipokrates, Alcybiades, Perykles, Kleon, Brazydas i kilku innych. Każdy z nich oferuje szereg misji pobocznych i swój wkład w fabułę – czyli wszystko to, do czego nas przyzwyczaiła seria.

No dobrze, ale dość o tle, warto wiedzieć o czym tak naprawdę opowiada Assassin’s Creed Odyssey. Jak wcześniej wspomniałem zaczynamy wyłącznie jako dzieciak, który chce odszukać swojego ojca. Z czasem jednak okazuje się, że cały grecki świat znajduję się pod wpływem Kultu Kosmosa – tajnej organizacji posiadającej wielkie wpływy praktycznie w każdym polis i w każdej dziedzinie życia, którego celem jest przejęcie pełni władzy. Kassandra nie tylko dlatego, że widzie ogromne zagrożenie w Kulcie, ale także z pewnych powodów osobistych postanawia wykończyć najważniejszych jego członków. Żeby to zrobić musimy najpierw zebrać informacje o konkretnym członku, by odkryć jego tożsamość, a dopiero jak to uczynimy możemy uwolnić świat od jego wpływów i otrzymać konkretne informacje o kolejnym członku. Kultyści podzieleni są na kilka gałęzi (każda kontrolująca inną dziedzinę greckiego życia) i musimy wykończyć wszystkie (łącznie z generalicją), by móc wykonać nasz ruch przeciwko przywódcy.  Zdecydowanie jest to jeden z lepszych elementów Assassin’s Creed Odyssey. Walka z kultem napisana jest bardzo przyjemnie i jeszcze lepiej zaprojektowana. I o ile moim zdaniem zbyt szybko można się domyślić, kto jest przywódcą, to i tak jest to najjaśniejszy punkt gry i sprawia on dużo satysfakcji.

Kolejnym wątkiem głównym jest walka z mitycznymi stworami, które musimy pokonać w celu odzyskania tajemniczych artefaktów. Stworów dużo nie ma – jest ich raptem 4 (Cycklop, Minotaur, Meduza i Sfinks), ale cały watek poprowadzony jest co najmniej poprawnie, a co najważniejsze nie ma poczucia, że ich obecność zaburza mitologię gry (ich obecność w realnym świecie jest całkiem zacnie wytłumaczona). Wątek ten dodatkowo zgrabnie łączy się z wątkiem teraźniejszości i spina całą fabułę.

Wszystkie te trzy wątki główne bardzo zgrabnie się przeplatają i przenikają, więc nie ma poczucia, że któryś wrzucony jest na siłę. To wszystko sprawia, że fabuła w Assassin’s Creed Odyssey jest jedna z lepszych fabuł w serii, a historia przedstawiona w Origins wydaje się tanią wydmuszką.

W ogóle grając w Assassin’s Creed Odyssey miałem wrażenie, że gra jest bardzo solidnie i gruntownie przemyślana. Ogromny świat byłby niczym gdyby nie było w nim co robić (za przykład niech służy Assassin’s Creed Syndicate). Tutaj na każdym kroku coś na nas czeka, a ilość znaków zapytania potrafi z początku przytłoczyć. Swoje robią również misję poboczne, które nie dość, że są mocno angażujące i interesujące, to również nie sprawiają wrażenia wrzuconych na siłę.

W Assassin’c Creed Odyssey nie jesteśmy (jeszcze) assassynem więc nie obowiązuje nas tytułowe kredo zabójców. W teorii nie musimy się wiec martwić desynchronizacja z powodu zabójstwa cywilów. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy całkowicie bezkarni. Ubisoft wprowadził bowiem system przypominający trochę ten z GTA. Każde wykroczenie przeciw obowiązującym normom zwiększa nasz poziom poszukiwani. Gdy przekroczymy odpowiedni poziom zostaną za nami wysłani najemnicy celem ubicia naszej skromnej osoby. Żeby pozbyć się natręta trzeba przekupić lub zabić zleceniodawcę. Można oczywiście także zabrać się za ścigającego nas jegomościa 🙂

Z najemnikami wiąże się bowiem dosyć ciekawa i nowa mechanika. Otóż do gry wrzucono poziomy najemników. Kassandra jako początkująca w tym zawodzie ląduje na szarym końcu, ale dzięki ubijaniu najemników będących wyżej w hierarchii szybko może zacząć piąć się w górę. Na każdym poziomie mamy do pokonania kilku wrogów, po ubiciu wszystkich przechodzimy na wyższy poziom, co nagradzane jest jakimś perkiem – np. tańszymi towarami u sprzedawców, lub zmniejszonym kosztem upgradu statku. Całość zrobiona jest może nie tak fajnie jak tropienie kultystów, ale daje satysfakcje – zwłaszcza, że najemnicy są piekielnie silni i nie zawsze ich ubicie będzie kaszką z mleczkiem.

Sam gameplay Assassin’s Creed Odyssey nie różni się zbytnio od tego co mieliśmy okazję poznać w Origins. Główna różnica polega na tym, że nie mamy ikonicznego ukrytego ostrza. Zamiast niego jest jednak ułamana włócznie Leonidasa, która, jak się okazuje, jest jednym z artefaktów Pierwszej Cywilizacji. Za jej pomocą dokonujemy cichych zabójstw, a po jej ulepszeniu (za pomocą artefaktów zdobywanych na kultystach) możemy ją rzucić we wroga, po czym „teleportować” się do niej i zacząć taniec śmierci. Dodatkowo spełnia ona faktyczną rolę ukrytego ostrza za jej pomocą dokonujemy cichch zabójstw. Dodatkowo fakt, że mamy ją cały czas w drugiej ręce wymusił jedną zmianę w gameplayu w stosunku do Origins – brak tarczy. Teraz parowanie odbywa się za pomocą broni białej. Nowością jest również brak możliwości śmierci po upadku – na początku otrzymamy tylko spore obrażenia, a od 20 poziomu dostajemy perka, który chroni nas przed wszystkimi obrażeniami od upadku.

Wraca także nasz wierny towarzysz w postaci orła. Praktycznie w dowolnej sytuacji możemy go wysłać na zwiady, by wskazał nam interesujący nas punkt, „zeskanował” obóz wroga, by poznać ilość wrogów, ich ścieżki patrolowe, czy po prostu odnaleźć interesujący nas przedmiot bądź osobę. Działa to trochę na zasadzie drona z Ghost Recon Wildlands.

Jednocześnie w Assassin’s Creed Odyssey mamy jeszcze więcej elementów RPG. Teraz możemy spersonalizować praktycznie każdy element garderoby – od butów, przez spódnicę i pancerz, po karwasze i hełm. Każdy element ekwipunku dzieli się na cztery rodzaje rzadkości, przy czym najwyższy jest legendarny, nierzadko będący elementem zestawu, którego skompletowanie daje nam dodatkowe bonusy. Dodatkowo każdy element wyposażenia ma swój poziom, który możemy podnieść u sprzedawcy do poziomu naszej postaci. Na dłuższą metę jest to jednak mocno nieopłacalne, gdyż drenuje nasze zasoby i skazuje nas na żmudny grind.

Zmianie uległo za to strzelanie z łuku. W dalszym ciągu jest to najłatwiejsza opcja zdejmowania wrogów z odległości, ale tym razem nie mamy kilku łuków, a jeden. Dopiero z drzewka umiejętności wykupujemy umiejętność pozwalającą np. na przybliżenie i „snajperski” zdejmowanie wrogów, czy wystrzelenie kilku strzał, by zadać ogromne obrażenia na duży dystans.

W Assassin’s Creed Odyssey Ubisoft zastosował bardzo ciekawe rozwiązanie do rozwoju postaci. Nasze drzewko dzieli się teraz na trzy gałęzie – Łowcy, Wojownika i Assassyna. Drzewko Łowcy odpowiada za ataki dystansowe, a pozostałe dwa za walkę wręcz. Umiejętności dzielą się na pasywne i aktywne. Te drugie musimy przypisać do menu podręcznego, pod któryś z przycisków A,B,X,Y. Jej aktywacja polega na jednoczesnym wciśnięciu LB+ przycisk odpowiadający za pożądaną umiejętność. W sumie można dodać 8 umiejętności do menu podręcznego (dostęp do drugiej „czwórki” uzyskujemy za pomocą LB+Strzałka w dół) i drugie tyle do podręcznego menu ataków dystansowych – by aktywować umiejętności łowcy używamy kombinacji LT+A,B,X,Y.

Wraca także system skradania się, który jest niemalże identyczny jak ten z Assassin’s Creed Origins. Ponownie możemy chować się w wysokich krzakach, chaszczach itp i stamtąd po cichu eksterminować. System skradania nie jest rzecz jasna tak rozbudowany jak w pełnoprawnych skradanek, ale na potrzeby Assassin’s Creed wystarcza.

Graficznie Assassin’s Creed Odyssey jest prawdziwym killerem – zwłaszcza na Xbox One X. Jest to bez wątpienia jedna z ładniejszych gier z otwartym światem w 2018 r. – tak ładną wodę to ja chyba widziałem jedynie w Sea of Thieves.  Przy czym gra jest (jak na standardy Ubisoftu) świetnie wykonana – podczas 100hjakie spędziłem z tą grą na palcach jednej ręki pijanego drwala można policzyć ilość bugów – jest to bez wątpienia miła odmiana po doświadczeniach z Unity.

Podsumowując Assassin’s Creed Odyssey jest świetną grą – widać, że czas jaki twórcy dostali na dopracowanie gry nie został zmarnowany. I choć gra powoli zaczyna odjeżdżać od korzeni serii, to jednak nie porzuca całkowicie klimatu assassynów i mamy poczucie, że gramy w Assassin’s Creed a nie klona Wiedźmina. Jednocześnie poprzez zgrabnie poprowadzony wątek współczesny zgrabnie spina się z Originsem i daje nadzieję, na fajne zamknięcie wątku Layli w kolejnej części, która według plotek ma zabrać nas do starożytnego Rzymu, gdzie pokierujemy znaną z poprzedniej odsłony Ayą.

Zbieraczy aczików ucieszy fakt, że gra nie jest trudna w scalakowaniu, choć jest to dosyć czasochłonne – mi zajęło bite 100 godzin. Acziki przy tym nie są specjalnie upierdliwe – brakuje porąbanych, w stylu „Zabij Pięciu Przeciwników z łuku stojąc twarzą w stronę zachodzącego słońca”, a większość wpada sama podczas w miarę skrupulatnego czyszczenia mapy. Tym razem nie trzeba już ukończyć wszystkich lokacji, co znacznie ułatwia sprawę w stosunku do calakowania Assassin’s Creed Origins. Z bardziej zakręconych aczików, w głowie utkwił mi jedynie aczik, do wbicia którego musimy wyciągnąć pewien przedmiot z koziej dupy 🙂 Generalnie jednak gra do scalakowania nie jest trudna, więc jeśli Was to jara, to warto przysiąść.

W każdym razie jest to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników serii. Jeśli przed zagraniem powstrzymywała Was obawa o zbytnim podobieństwie do Origins, to możecie się spokojnie przestać bać – różnic jest tyle, że nazywanie Odyssey per Origins 2, może wynikać wyłącznie z niewiedzy lub chęci szydery za wszelką cenę. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak polecić Wam byście zagrali, bo zdecydowanie warto.

Gra zakupiona ze środków własnych


Copyright © 2019 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.