Padem o ścianę

Assassin’s Creed Origins – Recenzja

Paweł Jastrzębski

Serię Assassin’s Creed uwielbiam od dawna, ale nawet to nie powstrzymywało przed dostrzeżeniem, że seria straciła pazur i obniża loty. Zapowiedź rocznej przerwy przyjąłem więc z radością i umiarkowanym optymizmem. Po scalakowaniu Assassin’s Creed Origins mogę śmiało powiedzieć, że warto było czekać.

Nie da się ukryć, że Unity (zwłaszcza w okresie popremierowym) i Syndicate to nie były szczytowe momenty w historii tej świetnej serii. Ponoć już po premierze Unity szefostwo Ubisoftu zadecydowało, by odejść od corocznych premier i dać twórcom trochę więcej czasu – mimo, że decyzja była ogłoszona po premierze Syndicate. Tym samym Assassin’s Creed Origins (który w produkcji był od wydania Black Flag) dostał kolejny rok na doszlifowanie.

O tym, że seria zawita do starożytnego Egiptu plotkowano od dawna, mimo stwierdzenia dyrektora Assassin’s Creed III, Alexa Huntchinsona, że byłby to „najgorszy wybór dla serii„. Mimo, że przecieki o grze wypływały z różnych źródeł od początku 2017 r., to oficjalnego ogłoszenia Assassin’s Creed Origins doczekaliśmy się na targach E3 w czerwca 2017 r.

Sama gra ujrzała światło dzienne 27 października 2017 r. zbierając bardzo pozytywne recenzję (jej średnia na metacritic w wersji na Xbox One wynosi obecnie 85 punktów). Również sprzedaż dopisała, bowiem Assassin’s Creed Origins sprzedał się podczas pierwszych 10 dni od premiery dwukrotnie lepiej niż Syndicate. Można więc potwierdzić, że opuszczenie 2016 r., wyszło grze na dobre.

Assassin’s Creed Origins przenosi nas do starożytnego Egiptu, będącego pod rządami dynastii Ptolemeuszy. Akcja zawiązuje się ok 48 roku p.n.e., a więc w samym środku historycznego konfliktu między Kleopatrą VII a jej bratem/mężem Ptolemeuszem XIII. Sercem opowieści jest motyw zemsty naszego protagonisty – Bayeka – i jego żony – Ayi – na mordercach ich syna. Jak to w serii Assassin’s Creed zwykle ma miejsce, to co wydaje się osobistą misją głównego bohatera jest tylko wierzchołkiem góry lodowej i pierwszą warstwą walki o władze i wpływy, a nasi bohaterowie szybko wpadną w tryby historii, nie tylko w niej uczestnicząc, ale przede wszystkim biorąc aktywny udział w jej tworzeniu.

Assassins Creed Origins 5

Nie chce za bardzo zagłębiać się w meandry fabuły, bo ta (mimo, że relatywnie krótka) jest bardzo ciekawa, zwłaszcza dla miłośników starożytności, i szkoda byście zostali przeze mnie pozbawieni samodzielnego jej odkrywania. Jest ona prowadzona bardzo zgrabnie i fajnie zazębia się z resztą uniwersum. Dodatkowo wprawne oko dostrzeże kilka smaczków i nawiązań. Właściwie jedyne zastrzeżenie jakie do niej mam, to fakt, że jest ona relatywnie krótka i urywa się w niespodziewanym momencie – brakuje jakiegoś sensowniejszego i przekonywującego zamknięcia. Niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ujrzymy je w pierwszym z zapowiedzianych na 2018 r. DLC. Ogólnie jednak fabuła zgrabnie tłumaczy początki konfliktu między Assassynami i Templariuszami, a także walki o Fragmenty Edenu.

Assassins Creed Origins 2

Rozgrywkę znacznie wydłużają misje poboczne. Widać w nich zresztą pierwsze „duże” nawiązanie do Wiedźmina 3. W przeciwieństwie do poprzednich części nie są one oderwane od wątku głównego i banalnie proste, polegające na przejściu z punktu A do punktu B, zabiciu wroga i powrocie do zleceniodawcy. Większość z nich posiada jakąś konkretną (a czasami wielowątkową) linie fabularną, podczas której poznajemy motywacje zleceniodawców, a także mamy dane z pierwszej ręki na temat niegodziwości Zakonu Pradawnych i ich wpływ na ludność Egiptu.

Assassins Creed Origins 12

W końcu również Assassin’s Creed doczekał się w miarę sensownego bohatera, z prostymi, osobistymi przesłankami. Nie jest to poziom Ezio czy nawet Edwarda ale Jacoba, Arno, czy przede wszystkim Connora zjada z miejsca. Jego działania są sensownie umotywowane, a motywacje jasne i proste. Z początku napędzany jest jedynie chęcią zemsty na członkach Zakonu, a dopiero w miarę rozwoju i postępów zaczyna dostrzegać macki Pradawnych i ich wpływ na mieszkańców Egiptu, co w konsekwencji prowadzi do wzięcia odpowiedzialności za ich życie. Bayek sprawdził się jako główny protagonista i mimo, że na początku wydaje się być pozbawionych charyzmy trepem, ostatecznie jest w stanie udźwignąć grę na swoich barkach.

Assassins Creed Origins 3

Pierwsze spotkanie z Assassin’s Creed Origins potrafi przytłoczyć. Jak już wyjdziemy z prologu i gra pozwoli nam swobodnie przemieszczać się po całym Egipcie, zaczynamy dostrzegać ogrom świata. Zanim zawitamy do pierwszego „fabularnego” obszaru gra rzuca nas do rejonu Jeziora Mareotis (obecnie Buhajrat Marjut), którego wyczyszczenie (co powinien zrobić każdy szanujący się gracz) potrafi zająć ładnych kilka godzin. Ilość znaków zapytania i miejsc do odwiedzenie jest ogromna (a do scalakowania gry wymagane jest odwiedzenie wszystkich), podobnie jak i sam Egipt, którego ogrom z początku może przerazić. Kiedy jednak już oswoimy się z grą, kolejne znaki zapytania praktycznie same pękają.

Assassins Creed Origins 4

„Rozpraszaczy” w postaci znaków zapytania nie jest zbyt wiele rodzajów – dostajemy raptem forty/posterunki żołnierzy (w których trzeba zabić dowódców i zabrać skarb), legowiska zwierząt (w których trzeba zabić samca alfa), słonie bojowe (skurczybyki trudne do zabicia), lokalizację skarbów (zarówno naziemnych jak i podwodnych), punktu widokowe, grobowce, 12 kamiennych kręgów, statki i 5 pustelni.

Najciekawiej z wyżej wymienionych prezentują się forty oraz grobowce. Te drugie zaliczyły powrót po kilku latach do serii, ale nie mogło być inaczej – być w Egipcie i nie spróbować splądrować piramidy czy innych grobów Faraonów to grzech. Grobowców jest kilka i różnią się stopniem skomplikowania i trudności. Każdy z nich nagradzany jest punktem umiejętności.

Assassins Creed Origins 6

Przejście fortów za to polega na wyczyszczeniu całego posterunku i zabraniu skarbu. Niezastąpiona w tym jest jedna z większych nowości – orzeł (orlica?) Senu. Działa on trochę na zasadzie drona w Ghost Recon Wildlands, po wypuszczeniu jej w powietrze robimy kilka kółek dookoła posterunku, zaznaczając wrogów i co ważniejsze miejsca, by potem móc spokojnie wlecieć i cichaczem zlikwidować wrogów. Nie ukrywam, że najwięcej satysfakcji daje wyczyszczenie obozu bez wszczęcia alarmu. Jeśli jednak nam się nie uda, to wzorem Far Cry, żołnierze pędzą czym prędzej do alarmu (za który służy tu kosz z drewnem), by wezwać posiłki. Na to oczywiście także jest rada, gdyż Bayek potrafi założyć pułapkę na alarm, co szybko gasi zapędy skarżypyty 😉

Assassins Creed Origins 8

Dosyć ciekawą aktywnością jest także aktywowanie kamiennych kręgów, które są hołdem złożonym przez Bayeka synowi. Po całym Egipcie porozrzucane są kręgi symbolizujące konkretne konstelacje gwiazd, powiązane z mitologią Egiptu. Naszym zadaniem jest przypasowanie kręgu do gwiazd na nieboskłonie. Ukończenie wszystkich kręgów zapewnia dostęp do tajemnej komnaty znajdującej się pod Wielkim Sfinksem.

Assassins Creed Origins 7

Pozostałe rozprzaszacze są według mnie jedynie zapychaczami, których przejście i wyczyszczenie zajmuję stosunkowo niewiele czasu.

W Assassin’s Creed Origins twórcy mocno przemodelowali system walki. Znowu, wyraźnie czuć tutaj inspiracje Wiedźminem. Nie wystarczy już czekać w grupie wrogów, na jednego chętnego do ataku, którego szybko skontrujemy. Tutaj walka z kilkoma przeciwnikami w każdym momencie może zakończyć się naszą śmiercią (choć przy sporej różnicy poziomów jest ona banalnie łatwa). Najprostszą stosowana taktyką jest hit&run. Zmianie uległo także obłożenie przycisków. teraz RB odpowiada za lekki atak, RT za mocny, a LB za blokowania (a parze z B). Prawym grzybkiem blokujemy kamerę na jednym przeciwniku, a za uniki odpowiada X. Całość sprawia bardzo fajne wrażenie, choć Bayekowi brak lekkości jaką charakteryzował się chociażby Geralt. To co jednak twórcom się bardzo udało to system walki na koniu – działa on o niebo lepiej od tego chociażby z Wiedźmina i jest bardziej intuicyjna.

Assassins Creed Origins 14

W walce najważniejszy jest sprzęt i tutaj Ubisoft się mocno postarał. Bayek naraz może nosić dwa rodzaje broni dystansowej (łuki) i dwa rodzaje broni bardziej bezpośredniej. Z łuków do wyboru mamy cztery typy – łuk łowcy (podstawowy, w którym od siły naciągu zależy siła strzału, przez co przydaje się gdy mamy sporo czasu na reakcję), łuk drapieżnika (łuk przydatny na duże dystanse – coś w rodzaju snajperki. Za jego pomocą możemy zdejmować wrogów z kilkudziesięciu metrów), lekki łuk (z którego możemy wystrzelić kilka strzał po kolei, bez konieczności sięgania do kołczanu – przydaje się w walce na koniu oraz gdy chcemy napocząć napocząć przeciwnika zanim do nas dobiegnie) oraz łuk wojownika (strzelający kilkoma strzałami naraz, coś jak shotgun). W broni białej mamy większy wybór – miecze zwykłe, zakrzywione, dwa miecze naraz, maczugi, topory, buławy czy włócznie. Różnią się one zadawanymi obrażeniami, szybkością ataków, a także atakiem specjalnym, odpalanym po napełnieniu paska adrenaliny. Naraz możemy nosić po dwie bronie każdego rodzaju, które możemy zmieniać za pomocą przycisków kierunkowych w dowolnym momencie. Do tego dochodzą ukryte ostrze i tarcze. Każdy ze sprzętów posiada swój poziom (który możemy wyrównać do poziomu naszej postaci w kuźni), typ (zwykłe, unikaty, legendarne), a także cechy specjalne. Właśnie z nimi związana jest duża wada (moim zdaniem) Assassin’s Creed Origins, związana ze zbyt dosłownym wprowadzeniem elementów RPG. Bo ile jestem w stanie usprawiedliwić sobie miecze zatruwające przeciwnika (specjalny olej), powodujące krwawienia, a nawet łuk strzelający płonącymi strzałami (choć wolałbym by Bayek zapalał je samodzielnie), to płonący miecz wymykał się mojemu postrzeganiu serii. Widok Bayeka biegnącego z takim mieczem psuł mi immersję i czym prędzej go sprzedałem (mimo, że był najlepszy jaki miałem).

AC Origins 1

Pewnym rozczarowaniem jest też brak znaczących różnic między szatami – zmiana stroju pociąga za sobą wyłącznie zmiany kosmetyczne. Nie ma więc znaczenia, czy Bayek biega prawie na golasa, czy też w pełnej zbroi płytowej – obrażenia dostaje takie same.

Oprócz tego na wyposażeniu Bayeka znajduje się ukryte ostrze, kołczan, dwie rękawice, pancerz i torba na wyposażenie. Każdy z tych elementów możemy ulepszyć za pomocą kupowanych lub zdobywanych surowców. O ile z dostępnością miękkich skór, twardych skór czy futer nie ma problemu (zdobywamy je zabijając przedstawicieli egipskiej fauny), to ze zdobyciem brązu czy żelaza jest większy problem – te najłatwiej zdobyć łupiąc przewożące je konwoje. Mimo wszystko warto spędzić troczę czasu na farmieniu, bo różnica między nieulepszonym sprzętem, a tym ulepszonym potrafi być znaczna. Ubisoft przygotował tutaj drogę na skróty – za pomocą prawdziwej waluty możecie kupić zestaw surowców umożliwiających Wam ulepszenie wszystkiego, ale takiego działania nie pochwalamy 😉

Assassins Creed Origins 9

Kolejnym elementem RPG-owym (obecnym jednak już chociażby w Syndicate) jest rozbudowane drzewko umiejętności. Bayeka możemy rozwijać w trzech kierunkach – wojownika, łowcy i wróża. Każdy z nich kończy się umiejętnością mistrzowską, którą możemy wielokrotnie wbijać. Niestety o ile niektóre umiejętności są bardzo przydatne (noszenie dwóch mieczy, kierowanie wystrzeloną strzałą, automatyczne rabowanie zabitych wrogów itp.) to niektóre były dla mnie zupełnie nieprzydatne i odblokowałem je wyłącznie w celach aczikowych (jak np. oswajanie zwierząt). Sumarycznie jednak ten element warto zaliczyć na plus i zgrabną kontynuację schematu z Syndyka.

AC Origins Grób

Odkładając na bok samego Bayeka i jego wyposażenie, warto słowo powiedzieć o świecie. Egipt w Assassin’s Creed Origins jest przepiękny i świetnie pokazany. Pierwsze wrażenie jest takie sobie, ale gdy zawitamy do Aleksandrii, wespniemy się na słynną latarnię morska, a potem poprawimy Gizą i Krokodilopolis (obecnie Fajun) to nie sposób nie przystanąć i nie zachwycać się jego bogactwem. Budynki są przepięknie ozdobione, a widok ze szczytu piramidy zapiera dech. Swoje robi tu grafika, która na Xbox One X nawet na TV FHD robi wrażenie. Na „zwykłym” Xbox One (grałem w obie wersję) także urywa cojones. Wrażenie robi także bogactwo świata – zasiadając do gry spodziewałem się rozległych pustyni, kilku miasteczek i osad, a dostałem wielki, różnorodny świat, gdzie pustynie stanowią ułamek mapy. Egipt odkrywa się z autentyczną przyjemnością, a poczucie znużenia pojawia się dopiero pod koniec gry, co w tak dużej grze jest sporym wyzwaniem.

Swoje w immersji zrobiło całkowite zrezygnowanie z mapy, a zamiast tego wprowadzenie „kompasu” na górze ekranu (troszkę wzorem Fallouta 3), na którym z grubsza widać kierunek w jakim warto zmierzać i znajdujące się tam znaczniki. Zmniejsza to może czytelność i łatwość poruszania się, ale za to pozytywnie wpływa na odbiór świata.

Assassins Creed Origins 10

Graficznie Assassin’s Creed Origins stoi na bardzo wysokim poziomie. Jest to zdecydowanie jedna z ładnej wyglądających na Xbox One gra z otwartym światem. Jak wyżej wspomniałem, mimo posiadania Xbox One X, pozostałem z telewizorem Full HD, ale gra i tak wygląda przepięknie. Aż trudno sobie wyobrazić jak wyglądałaby na porządnym telewizorze 4K.

AC Origins KOń

Zadowoleni z gry powinni być także łowcy aczików. Tylko kilka z nich jest wybitnie upierdliwych (np. ukończenie wszystkich lokacji, czy zabicie 30 wrogów za pomocą podpalonych strzałą słojów z oliwą), a większość wpada praktycznie naturalnie (no może oprócz bycia świadkiem deszczu robaków). Na szczęście twórcy zrezygnowali z bardzo upierdliwego systemu stopnia synchronizacji, który mnie osobiście doprowadzał do szału w poprzednich częściach. Także zdobycie 1000GS nie powinno sprawić Wam wielu problemów.

Assassins Creed Origins 13

Podsumowując Assassin’s Creed Origins przywraca serię na właściwe tory. I choć gra znacząco odeszła od korzeni, zaprezentowanych w pierwszej części, to jest to w moim przekonaniu kierunek słuszny. Mimo kilku drażniących wad, spokojnie można ją postawić w jednym szeregu z najlepszymi częściami serii (w moim odczuciu Brotherhood i Black Flag), a także spokojnie wystawić do konkursu o najlepszą grę tego roku.  Widać na każdym kroku, że czas, który Ubisoft dał twórcom na dopracowanie produktu nie był stracony.

Po spędzeniu ponad 80 godzin z grą i wbiciu wszystkich aczików, ciągle mam niedosyt i czekam z niecierpliwością na zapowiedziane już DLC – a to chyba najlepsza rekomendacja jaką mogę dać grze.


Copyright © 2018 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.