Padem o ścianę

Ciąg dalszy nadrabiania zaległości ? Halo: Reach

Paweł Jastrzębski

Z nieocenioną pomocą coopowego partnera siódmą ukończoną grą w tym roku zostało Halo: Reach. Jednocześnie był to kolejny akt nadrabiania zaległości w klasycznych xboxowych grach.

Według mnie Halo:Reach to najlepsza cześć serii w jaką miałem okazję zagrać. Jest to o tyle dziwne, że wszystkie części są do siebie bliźniaczo podobne. Nie zauważyłem nawet jakichkolwiek zmian w rodzajach broni. Mimo to największą przyjemność czerpałem z ukończenia właśnie tej części. Niewiele ma to wspólnego z linią fabularną, gdyż jak wcześniej wspomniałem fabuła w każdym Halo jest prowadzona w sposób kretyński i mało przystępny. Rozgrywka w sumie sprowadza się do konieczności dostania z punktu A do punktu B, po drodze wyrzynając wszystkich wrogów by w punkcie B coś przejąć/zniszczyć. Nie jest to bynajmniej wadą, bo gra jest szybka i nie pozwala na nudę (może poza ostatnią misją, która była zupełnie niepotrzebna i przekombinowana) i sumie fabuła w tego typu grach jest równie potrzebna co w pornosie.

Za ciekawy patent uznaje fakt, że w tej części głównych bohaterów jest czterech. Z racji tego, że w gry z serii Halo gram na splitscreenie jest to dla mnie zdecydowany plus. Niby szczegół, ale sama świadomość, że w przeciwieństwie do Halo 4 nie steruje się nie klonem Master Chiefa tylko pełnoprawnym bohaterem wpływa korzystnie na świadomość.

Fabuła tej części sagi dzieje się przed wydarzeniami znanymi z Halo 1, ale generalnie nie ma to większego znaczenia. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale świat Halo jakoś do mnie nie przemawia. Przy żadnej części nie potrafiłem wczuć się w fabułę i śledzić ją dokładnie i w tej części się to nie zmieniło. Nie zmienia to faktu, że bawiłem się przednie, a czy to dlatego że gra była dobra, czy dlatego że grałem w dobrym towarzystwie przy piwku, to już sprawa drugorzędna.

Halo reach


Copyright © 2021 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.