Padem o ścianę

Crackdown 3 – recenzja kampanii

Kamil Mikos

Jeśli miałbym szczerze odpowiedzieć na pytanie, czy czekałem na Crackdown 3, to odpowiedź  brzmiała by – nie. Owszem, jestem wielkim fanem pierwszej części, która pod paroma aspektami była przełomowa, ale już znacznie mniej udana część druga sprawiła, że patrzyłem na tę serię z pewną rezerwą.

Pierwszy Crackdown pojawił się w 2007 roku jako gra na wyłączność dla konsoli Xbox 360. Mimo, że tytuł został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków (średnia na Metacritic wynosi 82), to podczas premiery uwagę graczy przykuła głównie tym, że jej zakup umożliwiał dostęp do bety Halo 3. Okazało się jednak, że gra ma o wiele więcej do zaoferowania niż możliwość sprawdzenia innej znanej marki.

Crackdown to typowy sandbox, w którym otwarty świat (w tym przypadku futurystyczne miasto) stoi dla nas otworem już od samego początku. Nasze zadanie to oczyścić miasto z gangów panoszących się po jego ulicach. Fabuła tej serii praktycznie nie istnieje; jest tylko pretekstem do rozbijania się po ulicach i rozpętywania istnego piekła. Rozpędzenie się autem, wyskok z rampy, katapultowanie się na kilkanaście metrów, zdjęcie ze snajperki kilku wrogów w locie, następnie wylądowanie i rzut autem w niedobitki wrogów? Z tego właśnie znana jest ta seria.

Dla Xboxa marka Crackdown nigdy nie stała się niczym ważnym – owszem była bardzo przyjemną grą, ale w walce o uwagę graczy nie potrafiła wygrać z Halo, Gears of Wars, Fable czy Forzą. Z nadejściem nowej generacji Microsoftowi zamarzyło się zrobić z Crackdown królika doświadczalnego i dostarczyć odbiorcom grę pozwalającą na całkowitą demolkę całego miasta przy wsparciu obliczeń w chmurze. Sam pomysł, mimo że bardzo ciekawy, to pojawił się w czyjejś głowie zdecydowanie zbyt szybko. Zabrakło albo talentu, albo technologii, albo budżetu, bo przez kilka ostatnich lat Crackdown 3 ledwo utrzymywał się przy życiu. Po całym deweloperskim piekiełku pomysł na chmurę okazał się niewypałem, ale jego szczątki zaimplementowano w marnym trybie sieciowym. Przedłużony czas oczekiwania na efekt końcowy i dramatycznie niska ilość gier na wyłączność Xbox’a spowodowały, że na zakup gry zdecydowała się naprawdę spora liczba osób (wg statystyk True Achievements Crackdown 3 był najczęściej rozgrywaną tytułem w tygodniu jego premiery, pokonując najnowsze wówczas części Far Cry czy Metra). Jednak po wielu latach oczekiwań, gra zamiast zachwycić, rozczarowała, a jej twórcy musieli zmierzyć się z falą zasłużonej krytyki – wg przeróżnych portali growych średnie oceny wahają się pomiędzy 4 a 9/10, dając tytułowi dość marną średnią na poziomie 60%. Czy to znaczy, że najnowszy Crackdown jest słabą grą? Co spowodowało tak niskie oceny? Postaram się odpowiedzieć na te pytania i opisać moje wrażenia.

Jak już wspomniałem, w poprzednich odsłonach fabuła nie miała żadnego znaczenia i tak samo jest w najnowszej części. Tym razem świat ogarnięty zostaje przez globalny „blackout”, czyli całkowite odcięcie od prądu, serwerów i, ogólnie mówiąc, całego dorobku technologicznego. Jedyną ostoją ludzkości, której nie dosięgnęła tragedia i która wydaje się swego rodzaju rajem na ziemi, jest miasto New Providence. Naszych agentów poznajemy w chwili, gdy udają się do tego tajemniczego zakątka. Niestety, ich statek zostaje zaatakowany i zestrzelony przez nieznanego sprawcę. Wydawać by się mogło, że nikt nie ma szans na przeżycie, jednak jakimś cudem ich szczątki trafiają do członków Ruchu Oporu, którzy dzięki inżynierii genetycznej są w stanie odtworzyć ciało dowódcy oddziału agentów, którym jest…

I tutaj dochodzimy do jednej z lepszych rzeczy w Crackdown 3 – już od jakiegoś czasu twarzą gry jest Terry Crews, były sportowiec i aktor znany z serialu Brooklyn 9-9 i wielu drugo- lub trzecioplanowych ról. Crews użyczył zarówno swojej fizjonomii jak i głosu oraz dość mocno zaangażował się w marketing samej gry. Niektórzy mówią, że Crackdown 3 jest symulatorem Terry’ego Crewsa i szczerze mówiąc mocno się nie mylą, bo jego osobowość znakomicie wpisuje się w klimat gry.

Tak więc nasze pierwsze kroki w grze stawiamy jako Commander Jaxon. Okazuje się, że New Providence wcale nie jest takim rajem na ziemi. Miasto jest trzymane w garści przez potężną korporację Terra Nova. Na jej czele stoi Elizabeth Niemano – skorumpowana do szpiku kości prezes. Żeby jednak dobrać jej się do skóry, musimy poważnie osłabić jej pozycję. Siła Terra Novy rozkłada się w trzech gałęziach, które reprezentują: przemysł, bezpieczeństwo oraz technologię. Za każdą z nich odpowiada inny „dyrektor”, który z kolei ma pod sobą kilka innych grubych ryb, więc całość wygląda trochę jak piramida w Oriflame.

Gra nie stawia żadnych barier, więc jeśli mielibyśmy ochotę, moglibyśmy od razu udać się pod siedzibę głównego bossa, ale skończyłoby się to dla nas marnie. Po pierwsze dlatego, że na samym początku nasza postać  to niezły słabiak; po drugie, że główna siedziba korporacji to prawdziwa twierdza, wspomagana przez wszystkie trzy sektory. Dlatego zaczynamy od kąsania po kostkach, żeby powoli piąć się po szczeblach tej niezbyt stabilnie skonstruowanej drabinki.

Każdy z sektorów odpowiedzialny jest za różne struktury w obrębie miasta, np. sektor przemysłowy to laboratoria chemiczne i stacje wydobywcze, sektor bezpieczeństwa to bazy wypadowe żołnierzy korporacji pełne militarnych pojazdów, a technologiczny prezentowany jest przez stacje metra. Jakkolwiek by to nie brzmiało, wszystko sprowadza się do zlikwidowania całych hord wrogów i wysadzenie czego tylko się da. Im więcej takich lokalizacji zniszczymy, tym bardziej zwiększamy swoje szanse procentowe na pokonanie konkretnego człowieka odpowiedzialnego za utrzymanie tego typu przybytków. Same misje również mają taki wskaźnik co pomaga ocenić, czy można się już zmierzyć z daną misją, czy lepiej zająć się czymś łatwiejszym, póki nasze umiejętności nie wzrosną.

Co oprócz tego możemy robić? W porównaniu do poprzednich części całkiem sporo. Mamy więc wyścigi, zarówno piesze, po dachach budynków, jak i samochodowe, przechwytywanie tajnych rozmów pracowników TN, uwalnianie więźniów politycznych, przejmowanie bezpiecznych punktów, które stają się naszym checkpointami, czy rozbrajanie wyrzutni rakiet, którymi wróg raczy nas podczas najgorętszych potyczek. Jest tego naprawdę sporo, a  cała mapa upstrzona jest aktywnościami niczym porządny smalec skwarkami. Po odkryciu całej mapy ilość znaczników może przytłoczyć, ale wrażenie to znika kiedy okazuje się, że każde z nich to aktywność na kilkadziesiąt sekund do góra kilku minut. Wyjątkiem jest walka z bossami, która zwykle bywa kilkuetapowa i zajmuje nam znacznie więcej czasu.

Są jeszcze dwie aktywności poboczne, którym postanowiłem poświęcić osobne akapity. Pierwsza z nich to przejmowanie wież propagandowych – są to rozsiane po całej mapie wielkie nadajniki, które zwykle górują nad innymi budynkami dookoła, a które służą do wyświetlania wizerunku pani prezes, sączącej swoją propagandę. Nasze zadanie w tym wypadku to wdrapanie się na sam szczyt wieży i zhackowanie ustrojstwa tak aby zmienić wizerunek na Commandera Jaxona, Wydaje się proste? Ale takie nie jest. Zadania te to istne wyzwanie dla miłośników platformówek. Platformy często się poruszają więc musimy wymierzyć odpowiednio nasze skoki aby dostać się tak gdzie chcemy. Każdy błąd sprawie, że spadamy z naprawdę sporej odległości, na szczęście checkpointy rozsiane są w bardzo rozsądny sposób, a można go załadować od nowa używając zaledwie jednego przycisku (to pomaga uniknąć frustracji po którejś z kolei nieudanej próbie).

Druga  z aktywności to odszukiwanie szczątków innych poległych agentów. Okazuje się, że nie tylko Jaxona można odtworzyć za pomocą materiału genetycznego. To daje nam dostęp do całego szeregu postaci obojga płci i wszystkich ras.

Agenci zróżnicowani są nie tylko pod względem fizyczności – każdy z nich posiada premię do dwóch z pięciu umiejętności, jakie opisują naszych bohaterów. Są to: zręczność (odpowiedzialna za szybkość i wysokość skoków), siła (odpowiedzialna za walkę wręcz), broń palna, wybuchy oraz zdolność prowadzenia pojazdów.  Każdy z agentów ma bonus do dwóch różnych zdolności więc możemy wybrać taką postać, która będzie pasowała do naszego stylu rozgrywki, dzięki czemu szybciej będziemy ją rozwijać. A skoro o rozwoju mowa, to jest on bardzo prosty. Każdą umiejętność podzielono na 5 lub 6 poziomów, kolejne poziomy dostajemy za uzbieranie odpowiedniej ilości tzw. orbów. Kule dostajemy za różne aktywności: broń palną, siłę i wybuchy rozwijamy, pokonując wrogów w odpowiedni sposób; zręczność, zbierając poukrywane po całej mapie zielone orby oraz uczestnicząc w wyścigach po dachach budynków. Umiejętności prowadzenia auta dostajemy również za wyścigi oraz za przejeżdżanie przez odpowiednie znaczniki czy wykonywanie sztuczek podczas jazdy, jak np. drifting czy rozjeżdżanie wrogów. Są też specjalne orby (zwykle dość dobrze ukryte), premiowane do wszystkich 5 umiejętności.

Za zdobycie kolejnego poziomu otrzymujemy nową zdolność specjalną. Moim zdaniem to bardzo dobre rozwiązanie, bo pozwala nam odczuwać, że stajemy się coraz mocniejsi i gra odkrywa przed nami kolejne karty z czasem, mając w zanadrzu coraz przyjemniejsze rozwiązania. Osiągając mistrzostwo w każdej z pięciu dyscyplin, otrzymujemy prawdziwą maszynkę do zabijania. Niestety, wymaga to sporo bezmyślnego grindu, dlatego wątpię żeby wielu graczy decydowało się na wymaksowanie postaci.

Teraz słów kilka o tym, jak i czym się tu „szczela”. Otóż w samym mechanizmie nie zmieniło się nic od czasów poprzednich odsłon. Lewy spust odpowiada za zablokowanie celownika na konkretnym wrogu, prawy spust odpowiedzialny jest za oddanie strzału. Kiedy jesteśmy zablokowani na konkretnym celu ruchem prawej gałki możemy wybrać w jaką część ciała chcemy strzelać. Domyślnie jest to tułów, strzały w głowę zadają więcej obrażeń, za to nie mam pojęcia po co mamy strzelać w kończyny, bo to rozwiązanie zdaje się  nie przynosić żadnego efektu…

Przez nasze ręce przewijają się zarówno klasyczne jak i mocno futurystyczne spluwy. Mamy rozstrzał od zwykłego pistoletu po wyrzutnie tworzącą małą czarną dziurę, wciągającą wszystko dookoła siebie. Mamy też zamrażający shotgun czy miotacz trujących bomb. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na raz możemy nieść ze sobą trzy rodzaje broni, które możemy wymieniać w punktach kontrolnych lub podnosić bezpośrednio z ziemi po pokonanych wrogach. Ekwipunek dopełnia gadżet odpalany prawych bumperem – może to być zwykły granat, ale w dalszej części gry dostajemy dostęp do bardziej wyszukanych zabawek jak generator pola leczącego bądź pole siłowe pozwalające wzbić się nam wysoko w powietrze.

To chyba tyle jeśli chodzi o rozgrywkę, sprawdźmy jak wygląda najnowszy Crackdown.  Grę miałem przyjemność ogrywać na Xbox One X, więc korzystałem z pełni dobrodziejstw 4k i trybu HDR. Pod względem grafiki gra jest mocno nierówna – postaci agentów i futurystyczna część miasta czy woda prezentują się naprawdę nieźle, z kolei pewne części miasta wyglądają, jakby były żywcem wyjęte z poprzedniej generacji. I nie ratuje ich wcale zastosowany cel-shading. Ogólnie miasto wydaje się sterylne i makietowe. Owszem, można napotkać wielu cywilów, tłumy samochodów, patrole Terra Novy, ale cały czas mamy wrażenie, że miasto to wydmuszka. Kiepsko prezentują się też wrogowie, szczególnie przy starciach z bossami, podczas których widzimy wrogów z bliska podczas przerywników. Wygląda na to, że poświęcono im znacznie mniej czasu niż głównej postaci i nie ratuje tego ani wysoka rozdzielczość, ani tryb HDR. Pochwalić za to należy płynność – w grze nie uświadczyłem żadnych ścinek, nawet kiedy na ekranie działo się tyle, że ciężko było nadążyć. W tego typu grach należy to szczególnie docenić.

Kolejnym nierównym elementem oprawy są przerywniki filmowe. Grę otwiera świetnie przygotowane Intro, w którym główną rolę gra Terry Crews. Ten krótki film bardzo dobrze nastraja, stwarzając pozory gry z naprawdę wysokiej półki (możecie obejrzeć filmik poniżej). Niestety, później nie jest już tak różowo. Serwowane przez całą grę przerywniki w formie animowanego komiksu w zestawieniu ze świetnym początkiem wyglądają słabo i sprawiają wrażenie, jakby twórcom zwyczajnie nie starczyło czasu na przygotowanie czegoś lepszego (przy tak długim procesie produkcji to aż nie do uwierzenia).

Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową to można powiedzieć, że… jest. 🙂 W tle przygrywa nam elektroniczna muzyka, która w ogóle nie zwraca na siebie uwagi. Muzyka często przerywana jest przez głosy naszych sprzymierzeńców kontaktujących się z nami poprzez intercom. Jak na mój gust zbyt często, ponieważ potrafią komentować wszystko, co się wokół nas dzieje, po pewnym czasie w ogóle przestajemy już tego słuchać.

Jak widzicie, nie udało się sprostać wszystkim oczekiwaniom. Na co jeszcze należy zwrócić uwagę? Na lokalizację, a właściwie jej brak. Całkowity! To już kolejna gra od Microsoft, gdzie lokalny oddział totalnie olewa swoich odbiorców. A wiecie co jest najlepsze? Pierwsza część Crackdown jako pierwsza gra na konsoli Xbox 360 posiadała pełny dubbing (w jedną z ról wcielił się sam Wojciech Malajkat). Także przeszliśmy długą drogę od pełnego tłumaczenia po brak jakiejkolwiek lokalizacji. Słabo…

Równie ciężko przyjąć wysoką cenę gry, za którą Microsoft każe sobie zapłacić 260 zł. Jak na kilkanaście godzin mocno niezobowiązującej rozgrywki, przyznacie, że jest to zbyt wygórowana propozycja? Jedyne co ratuje tę grę to to, że pojawiła się w ramach abonamentu Xbox Game Pass. Za wyjściową cenę nie byłbym w stanie polecić tej gry nikomu.

Pora na podsumowanie. Mimo, że gra ma spore braki, jej gameplay oraz strona wizualna utknęły gdzieś na początku obecnej generacji, to muszę przyznać, że bawiłem się przy niej świetnie. Rozgrywka jest tak mocno niezobowiązująca, że nie czułem praktycznie żadnego parcia podczas rozgrywki. Całkowicie odciąłem się od namiastki fabuły jaką zaserwowano w grze i niczym nieskrępowany czyściłem mapę z kolejnych struktur Terra Nowy, ulepszałem agenta, łapałem kule i rozbijałem się szybkimi autami, a wszystko to dawało mi niemałą przyjemność, bez żadnych frustracji i znudzenia. Czas gry zleciał szybko, zwłaszcza że kampania ma do zaoferowania jedynie  kilkanaście godzin rozgrywki, a endgame praktycznie nie istnieje, to nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w New Providence.

Czy grę można polecić z czystym sumieniem? To zależy, czego od niej oczekujecie. Wydaje się, że gra dostała mocne cięgi od recenzentów, którzy właściwie nie do końca wiedzieli, z czym się mierzą. Crackdown 3 jest tylko i aż Crackdownem. Tytuł nie jest w niczym gorszy od poprzednich odsłon, więc na pewno spodoba się fanom 1 i 2 części (w tym mnie). Kolejnym atutem przemawiającym za tym, aby grę sprawdzić, jest to, że wchodzi ona w część abonamentu Xbox Game Pass. Biorąc pod uwagę, że często można go kupić za niewielkie kwoty (podczas pisania tego tekstu miesięczny abonament kosztował jedynie 4 zł) wychodzi na to, że grę tę możemy ukończyć praktycznie bezkosztowo. Z drugiej strony Crackdown 3 nie jest w żadnym wypadku tytułem wybitnym, więc jeśli nie gustujecie w tego typu grach, możecie ją sobie spokojnie odpuścić.

Crackdown 3

Wydawca: Microsoft Studios
Data premiery: 14.02.2019
Cena: 259,99 zł lub 40,00 zł (Xbox Game Pass)
Gdzie kupić: MS Store
Metacritic: 60

*Gra ukończona w ramach abonamentu Xbox Game zakupionego ze środków własnych.


Copyright © 2019 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.