Padem o ścianę

God of War – Recenzja

Paweł Jastrzębski

Stało się – na Padem o Ścianę pojawiła się pierwsza recenzja gry nie związana z Xboxem. Zawsze wychodziłem jednak z założenia, że jak tracić dziewictwo to z kimś tego wartym. Dlatego przed Wami recenzja najgłośniejszej tegorocznej gry na wyłączność z obozu niebieskich – God of War.

Na wstępie wyznanie – nie jestem zbyt wielkim fanem (eufemistycznie mówiąc) Playstation. Odkąd gram na konsolach, to zawsze towarzyszył mi Xbox. Gdzieś tam oczywiście zagrałem w jakieś ich exy, ale wielkiej wagi do nich nie przyjmowałem. Mimo tego, trzeba być ignorantem, by nie wiedzieć co to God of War i jakie ma znaczenie dla konsoli Sony. Pierwsze cztery „duże” części jednak zupełnie mnie nie interesowały – nie jestem fanem gatunku slasherów.

Jednak kiedy mój Xbox One X dostał nagłego paraliżu i musiał pojechać na dwa tygodnie do spa, a dobry ziomek zaproponował użyczenie PS4 Pro wraz z nowym God of War, nie mogłem nie skorzystać z okazji. Zwłaszcza, że docierały do mnie informację, że nowy God of War ze „starym” God of Warem, ma wspólnego tylko bohatera, a sama gra mocno skręciła w kierunku rpg-a. I tak pełen obaw, chwyciłem niewygodnego jak jasna cholera pada od PS4 i zanurzyłem się w świat nordyckiej mitologii.

Jeśli świat God of War jest dla Was zupełnie obcy, to warto byście cokolwiek o nim wiedzieli, przed lekturą recenzji (będą spoilery z poprzednich części – jeśli planujecie je ograć, omińcie ten akapit). Bohaterem serii God of War jest Kratos – spartański wojownik, który zaprzedał (w zamian za ocalenie i zwycięstwo) na polu bitwy życie Aresowi, który wykorzystał go do swoich niecnych celów – siania postrachu, spustoszenie i śmierci wszędzie, gdzie tylko się pojawił. Ares przegiął jednak, gdy zesłał na Kratosa szał, w którym zabił nawet żonę i córkę. Za ten czyn Wyrocznia Sparty rzuciła na niego klątwę, w wyniku której ciało Kratosa zostało pokryte prochami jego rodziny.  Wkurzony na Aresa zapisał się na 10-cio letnią służbę pozostałym bogom, a ostatecznie zawarł z nimi pakt – w zamian za wymazanie jego grzechów, zabije wkurzającego wszystkich Aresa. Kratos jednak nie zadowala się półśrodkami i przez całą trylogię wyrzyna w pień cały panteon greckich bogów – z Zeusem (który w między czasie okazuje się ojcem naszego bohatera) na czele.

Jak się okazuje na początku nowego God of War po tym chwalebnym czynie Kratos w końcu osiągnął względny spokój – przeprowadził się na północ, znalazł sobie miłą Panią, spłodził z nią syna – Atreusa – i spokojnie mógłby sobie tam żyć. Poznajemy go jednak w smutnych okolicznościach – niemalże nad stosem pogrzebowym swojej kobiety, której ostatnim życzeniem było, by rozsypać jej prochy z najwyższego szczytu. Kratos bierze zatem syna pod pachę i udaję się w podróż, by spełnić ostatnie życzenie swoje żony.

W świecie Kratosa nic nie może być jednak proste – nasz bohater staje się celem Tajemniczego Mężczyzny, który za życiową misję przyjął utrudnienie naszym bohaterom wykonanie zadania. Nie pomagają także inne mityczne nordyckie stwory, które stoją miedzy drużyną Kratosa, a jego celem. Przebijamy się zatem przez nordyckie krainy, siekając i zabijając wszystko co nam wpadnie pod ostrze, okazjonalnie robiąc przerwę na rozwiązanie jednej bądź drugiej zagadki.

W God of War to jednak nie misja Kratosa jest na pierwszym planie, a jego relacje z Atreusem. . W ogóle obserwowanie  zmiany relacji Atreus-Kratos daje mnóstwo satysfakcji. Z początku Kratos jest dla niego prawdziwym ciulem – bardziej szorstkim nauczycielem niż ojcem. Dopiero w później ich relacja staje się bardziej partnerska (z małym zgrzytem gdzieś w połowie gry, gdy chciało się samemu przetrzepać gówniarzowi skórę). Właśnie obserwowanie tej zmieniającej się relacji stanowi ogromną, jeśli nie największą wartość God of War.

Kolejnym bardzo mocnym punktem God of War jest fabuła – czego nigdy nie spodziewałem się po grze akcji. Pod przykrywką prostej wyprawy na najwyższy szczyt, kryje się głęboka fabuła. Kratos wbrew pozorom jest bardzo głęboką postacią – za jego postawą wobec Atreusa kryją się wyrzuty sumienia, skrywane sekrety i (tak to odczułem) ojcowska obawa. Sama fabułą opowiedziana jest w genialny sposób – zupełnie nieinwazyjnie wchodzi do głowy w przerwach między kolejnymi lokacjami/potyczkami. I mimo, że szczątkowa znajomość mitologii nordyckiej (byłem świeżo po ograniu Hellblade, więc było mi jeszcze łatwiej) pozwala odgadnąć z grubsza kierunek w którym historia zmierza, to jednak potrafi zaskoczyć (zwłaszcza końcówka ryje beret). Trzeba przyznać, że chłopaki z Santa Monica Studio osiągnęli mistrzostwo w storytellingu i pozostaje się cieszyć, że jeden z dyrektorów tej firmy, odpowiedzialny za narrację, przeszedł niedawno do Microsoftowego The Inititive.

Widać także, że God of War ma mocno przemyślaną fabułę i historia Kratosa i Atreusa zostanie pociągnięta dalej – można nawet mieć poczucie, że została urwana przed skończeniem wszystkich wątków.

Projektując kampanię dla jednego gracza, twórcy osiągnęli rzadki efekt mocnego kibicowania bohaterom. Nie mogłem się oderwać od parcia dalej, kierowany wyłącznie tym, by chłopaki w końcu wypełnili swoją misję i mogli pójść na zasłużony odpoczynek. Przeżywałem razem z nimi porażki, piętrzące się przeszkody; cieszyłem się małymi zwycięstwami i czerpałem satysfakcję z tłuczenia każdego kto stanął mi na drodze. Zdecydowanie były to uczucia, których się nie spodziewałem siadając do tej gry.

Wielkie brawa należą się też twórcom za prowadzenie rozgrywki – z początku dostajemy w łapę topór (o którym później), gra stawia przed nami zadanie  i tyle – koniec. Żadnego znacznika, żadnego kompasu nic, null, nada. W ten sposób delikatnie twórcy wprowadzają nas w rozgrywkę, dbając by nic nas nie rozpraszało. Warto zaznaczyć, że pierwsze lokację są relatywnie małe, więc nie grozi nam zagubienie się. W trakcie rozgrywki szybko jednak dostajemy umiejętność korzystania z mapy, kompasu i paru innych przydatnych rzeczy. I wtedy wypływamy na szerokie wody (dosłownie) i cały Midgard stoi przed nami otworem. Kolejnym przykładem stopniowego wprowadzania gracza w rozgrywkę jest system szybkiej podróży – na początku wszędzie musimy gnać na piechotę, w pewnym momencie fabuły dostajemy możliwość powrotu do Centrum Świata z rozsianych po świecie Wrót. Dopiero po ok 40% wątku głównego dostajemy swobodę w szybkim przemierzaniu świata. Takie powolne wprowadzanie działa rewelacyjnie i pozwala w początkowych fragmentach gry skupić się na świecie i historii, zamiast latać jak kot z pęcherzem wykonując coraz to inne zadania poboczne.

No właśnie – nie samym wątkiem głównym człowiek żyje 😉 W samym Midgardzie jest ok 20 zadań pobocznych. Część z nich jest dłuższa, część krótsza, ale jednego im nie można odmówić – zróżnicowania. Widać, że twórcy mocno poszli w jakość, a nie ilość. Zadania nigdy nie polegają na schemacie – „idź  tam, przynieś mi 15 kwiatków i dwa wodorosty, a zrobię Ci pełną zbroję płytową”. Zwykle kryje się za nimi osobna historia – dzięki nim można jeszcze głębiej zanurzyć się w historię Midgardu – w czym mocno pomaga towarzyszący nam od ok 30% wątku głównego kolejny towarzysz Kratosa i Atreusa.

Pierwsze jednak, co się rzuci w oczy tym co znają poprzednie części to kamera umiejscowiona tuż za plecami bohatera i brak ikonicznych Ostrzy Chaosu. Jak wyżej wspomniałem podstawowym wyposażeniem Kratosa jest topór Lewiatan. Topór ten, pomijając że świetnie sprawdza się jako broń na krótki dystans, ma też to do siebie, że rzucony, wraca do na żądanie  do rąk właściciela. Sprawia, to, że podczas walki mamy więcej możliwości taktycznych. Możemy na przykład rzucić w jednego wroga toporem, na drugiego rzucić się z gołymi pięściami, po czym w odpowiednim momencie przywołać topór do siebie i kontynuować sieczkę. Podstawowych ataków mamy dwa – szybki i silny. Do tego dochodzi unik i blok tarczą. Mimo stosunkowo ubogiego wachlarza ruchów, dzięki odpowiednio rozwiniętym umiejętnością, można je łączyć w prawdziwy taniec śmierci.

Jednocześnie każdy atak zapełnia pasek furii, po której możemy odpalić Spartański Szał, w którym Kratos staję się jeszcze większym kozakiem niż normalnie. Tłuczenie gołymi pięściami w tym trybie daje masę frajdy – niemalże czuć każdy cios.

W walce dodatkowo mocno przydatny jest Atreus – nie jest on tylko milczącym towarzyszem, na którego trzeba non stop uważać i który plącze się pod nogami. Dzieciak wyposażony jest w łuk, z którego na zlecenie Kratosa może zasypywać przeciwników gradem strzał. Przydatne jest to zwłaszcza w walce z teleportującymi się wiedźmami, które trudno zaatakować toporem. Atreus rozwija się w miarę postępu gry, a wzrost jego umiejętności walki często są elementem rozmów z ojcem.

Niech Was bowiem nie zmyli rodowód serii – God of War to rasowy RPG. Mamy tutaj pełne drzewko rozwoju postaci (co ciekawe możemy rozwijać zarówno Kratosa jak i Atreusa), możliwości dowolnego kompletowania elementów pancerza (a co za tym idzie wyglądu postaci), crafting i resztę elementów znanych z „normalnych” RPG-ów. Dodatkowo co i rusz napotykamy jednego z dwóch sympatycznych krasnoludów, służących tutaj za sklep/kowala. Możemy u nich kupić/wytworzyć praktycznie każdy element ekwipunku. Każdy z nich ma swoje statystyki i wpływa na ogólny poziom rozwoju Kratosa. Co ciekawe w God of War nie ma klasycznego rozwoju postaci poprzez wchodzenie na wyższe poziomu. Pomijając punkty umiejętności ładowane w drzewka, Kratosa definiuje także ogólny poziom, na który wpływa jakość posiadanego przez nas ekwipunku. Właściwie, od tego żeby uznać God of War za pełnoprawnego RPG brakuje tylko opcji dialogowych.

Graficznie God of War zapiera dech w piersiach – grałem na PS4 Pro (ale TV FHD) i nawet w takim zestawie grafika prezentowała się rewelacyjnie – do tego stopnia, że na zbliżeniach można było niemalże policzyć włosy na brodzie Kratosa. Pięknie prezentują się także tła, na które można patrzeć godzinami. Jest to zdecydowanie jedna z ładniejszych i lepiej technicznie zrobionych gier obecnej generacji – przez całą grę nie zauważyłem ani jednego spadku animacji. Absolutny majstersztyk.

Złego słowa nie można także powiedzieć o ścieżce dźwiękowej i voice actingu – aktorzy dobrani są rewelacyjnie, a sam aktor odgrywający Kratosa dobrany jest świetnie – brzmi odpowiednio badassowo. I tutaj mała dygresja – zacząłem grać z polskim dubbingiem, ale szybko przełączyłem na oryginalną ścieżkę dźwiękową (swoją drogą ogromne propsy dla SCEP za umożliwienie takiej zmiany). Nie żeby polski aktor (Artur Dziurman) był wybitnie słaby – po prostu oryginalny pasował mi bardziej. Także i Wam polecam sprawdzenie sobie, który aktor pasuje lepiej. Zwłaszcza, że gra posiada także napisy, więc nie ma zagrożenia, że historia Wam umknie przez braki językowe.

Podsumowując, to God of War jest grą świetną, zasłużenie otrzymującą wszystkie pochwały. Ciężko jest znaleźć cokolwiek, by się do niej przyczepić – musiałbym to robić na siłę. Jest to prawdopodobnie jedna z pięciu najlepszych gier tej generacji i zdecydowanie warto rozważyć pożyczenie Playstation 4, by w nią zagrać (z kupnem bym się nie rozpędzał 😉 ) – zdecydowanie nie będziecie żałować.

Gry i konsoli użyczył zaprzyjaźniony Łukasz B., za co serdecznie dziękuję


Copyright © 2018 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.