Padem o ścianę

Hellblade: Senua’s Sacrifice – recenzja

Kamil Mikos

Psychoza (gr. psyche – dusza i osis – szaleństwo) – zaburzenie psychiczne definiowane w psychiatrii jako stan umysłu, w którym doznaje się silnych zakłóceń w percepcji (postrzeganiu) rzeczywistości.

Trudno byłoby zacząć recenzję Hellblade bez wyjaśnienia, czym jest psychoza. A to dlatego, że Hellblade nie jest zwykłą grą. Jest doświadczeniem tak unikalnym, że żadna gra, w którą do tej pory grałem, nie wywarła na mnie tak silnego wrażenia. Wszystko to dzięki nietuzinkowemu podejściu studia Ninja Theory. Pierwotna koncepcja gry zakładała, że Hellblade będzie standardową opowieścią o celtyckim herosie walczącym z najeźdźcami z północy.  Z czasem pojawił się pomysł, aby tytuł dotknął poważniejszego tematu. Studio nawiązało ścisłą współpracę z Recovery Collage East oraz neurobiologiem Paulem Fletcherem z Uniwersytetu Cambridge. Przeprowadzili serię sesji z ludźmi, którzy w swoim życiu doświadczyli horroru jakim jest psychoza. Rekonwalescenci opisywali dokładnie przebieg i objawy choroby. Opowiadali o tym, co czuli, co słyszeli, co widzieli. Szczegółowe obserwacje z rozmów starano się jak najdokładniej odzwierciedlić w grze. Efekt jest zdumiewający.

Hellblade opowiada historię młodej kobiety, Senui, celtyckiej wojowniczki, która staje w obliczu napaści wikingów na swoje ziemie. Senua nie jest zwykłą kobietą – od dziecka słyszy w głowie nawracające głosy. Stan zdrowia Senui pogarsza się z wiekiem za sprawą jej zabobonnego ojca, który izoluje córkę od społeczeństwa, a wszystkie wewnętrzne demony każe jej nazywać ciemnością. Pewnego dnia w życiu Senui pojawia się Dillion a wraz z nim nadzieja na lepszą przyszłość. Tych dwoje, oprócz zamiłowania do miecza wkrótce połączy też miłość. W pewnym momencie swojego życia Senua postanawia opuścić Dilliona i udać się w głuszę, żeby tam okiełznać swoją wewnętrzną ciemność. Po powrocie okazuje się, że jej wioska została złupiona, a jej ukochany zabity i złożony w ofierze nordyckiej bogini umarłych – Heli. Psychika Senui doznaje załamania, jej wewnętrzne demony, które nauczyła się kontrolować dzięki Dillionowi, wychodzą na wolność. Dziewczyna postanawia zawalczyć o duszę ukochanego i udać się do samego piekła – Helheimu.

To co wyróżnia Hellblade od innych gier to całkowity brak jakiegokolwiek interfejsu. Nie znajdziecie tu mapy, znaczników, paska zdrowia, ekwipunku ani innych elementów interfejsu, do których przyzwyczaiły nas współczesne gry. Początek nie zawiera nawet żadnego samouczka, więc sterowanie należy sprawdzić samemu w menu gry (na szczęście jest ono bardzo intuicyjne). W trakcie eksploracji używamy głównie RT służącego do skupienia się na poszczególnych elementach otoczenia oraz X, które służy do podejmowania akcji. Dzięki temu gra nabiera niesamowitej filmowości, a imersja jest ogromna.

Eksploracja w grze polega głównie na pokonywaniu niezbyt rozległych poziomów oddzielonych za pomocą zapieczętowanych przez runy bram.  Kształt konkretnych run należy odnaleźć w otaczającym nas środowisku, więc trzeba mieć oczy szeroko otwarte i włączyć abstrakcyjne myślenie. Runę w kształcie X odnajdziemy na przewróconych na siebie drzewach, a runę w kształcie M – poprzez zapalenie pochodni, która rzuci światło na dwa ułamane kije, których cień utworzy poszukiwany przez nas kształt. Odnalezienie kolejnych kształtów stanowi nie lada wyzwanie, a kamera, która moim zdaniem ustawiona jest zbyt blisko pleców bohaterki, nie pomaga. Oprócz poszukiwania znaków na graczy czekają inne zagadki, jak np. przechodzenie pomiędzy światem mroku a światem światła przy użyciu specjalnej maski – każdy ze światów otwiera nam inną drogę, więc kluczowe jest umiejętne poruszanie się między nimi. Składając ofiarę z ognia, trzeba znaleźć bezpieczną drogę przez płonący las zanim płomienie nas pochłoną. Innym razem zadaniem gracza jest „zbudowanie” brakujących elementów infrastruktury, jak np. mostu, poprzez zastosowanie prostych sztuczek iluzji. Ciekawym utrudnieniem są siedzące w naszej głowie głosy nieustannie komentujące nasze poczynania: „nie w tę stronę!”, „po co ona to robi?”, „zgubiłaś się!”, ” to bezcelowe”. Te i inne dodające „otuchy” zwroty wprowadzają gracza w błąd i często, sugerując się nimi, można pójść nie tam, gdzie trzeba.

Podczas eksploracji następują takie chwile, w których ‚ciemność‚ panująca w głowie Senui wychodzi na zewnątrz i materializuje się pod postacią potwornych przeciwników. Starcia mają charakter aren, których nadejście można rozpoznać po pojawiających się  znikąd czarnych plamach na otoczeniu. Wtedy Senua wyciąga swój miecz i chowa go dopiero wówczas, kiedy wybije wszystkich wrogów. Ci nie są zbyt zróżnicowani – w całej grze można się doliczyć 5 rodzajów przeciwników oraz 3 bossów. Na szczęście każdy z nich stosuje inną taktykę, więc walka z kilkoma na raz to już nie lada wyzwanie.

Sterowanie podczas walki nie jest niczym odkrywczym – mamy przycisk odpowiedzialny za atak lekki, atak mocny, unik oraz blok. Po naładowaniu możemy też użyć skupienia, które na chwilę zwalnia czas i powoduje znaczne zwiększenie obrażeń. Ciosy lekkie i mocne łączą się w piękne i płynne kombosy, które ogląda się z niemałą przyjemnością. Jak już wspominałem, nie znajdziecie tu żadnych pasków zdrowia, a o tym czy zaraz padniecie czy wygracie, poinformują was wewnętrzne głosy. Porażka w walce powoduje rozszerzenie się zgnilizny na dłoni Senui – jeśli zgnilizna dojdzie do głowy gra się kończy.

Mimo, że Xbox One dostał tę grę kilka miesięcy po premierze na innych platformach, to port przygotowano bardzo skrupulatnie. Najwięcej uciechy będą mieli posiadacze Xbox One X, do którego gra jest specjalnie dostosowana (Xbox One X Enhanced). Do wyboru mamy trzy tryby graficzne: wysoka rozdzielczość (4K), wysoka jakość otoczenia (1080p + najwięcej detali) oraz wysoka płynność (1080p + 60 fps). Ja grałem w trybie z najlepszymi detalami i muszę przyznać, że gra wyglądała obłędnie. Mogę śmiało stwierdzić, że jest to jedna z lepiej prezentujących się gier, w jakie miałem przyjemność grać na konsoli Xbox One X. Poza grafikami ogrom pracy włożyła też wcielająca się w rolę Senui aktorka, Melina Juergens. Dzięki technice motion capture wszystkie jej ruchy, gesty i mimikę odzwierciedlono w grze. Dzięki temu czujemy, że oglądamy postać z krwi i kości, a nie zlepek poligonów.

Oprócz oprawy wizualnej należy również zwrócić uwagę na świetne udźwiękowienie gry. Wewnętrzne głosy towarzyszące nam przez całą podróż zostały nagrane techniką binauralną z zastosowaniem dwóch mikrofonów. Dzięki temu, grając na słuchawkach (zgodnie z zaleceniami autorów), jesteśmy w stanie precyzyjnie określić, skąd dobiega dźwięk (przydaje się to w niektórych zagadkach), a słysząc głosy faktycznie wydaje nam się jakby ktoś szeptał prosto do naszego ucha. Oprócz tego dostajemy znakomitą, ciężką i klimatyczną ścieżkę dźwiękową. Soundtrack do odsłuchania na YouTube – polecam!

Podsumowując, Hellblade to znakomita gra, której naprawdę ciężko coś zarzucić. Wydaje się, że każdy element gry został znakomicie przemyślany, a wszystkie one stanowią jedną i zgraną całość. Mimo, że gra nie jest zbyt długa (całość można ukończyć w mniej niż dziesięć godzin), to jest to rozgrywka bardzo intensywna, bez zbędnych przestojów i trzymająca nasze tętno na bardzo wysokim poziomie. Fabuła, na której celowo się nie koncentruję, by nie odbierać Wam przyjemności z jej odkrywania, jest bardzo mroczna i pozostawia w nas wewnętrzny niepokój. Tym bardziej, kiedy zdamy sobie sprawę, że to co przedstawia gra jest częścią dolegliwości osób cierpiących na psychozę. Twórcom należą się oklaski za tak nietuzinkowe podejście do tematu gry akcji i szerzenie świadomości na temat tej choroby. Dodatkowo część zysków ze sprzedaży gry studio przeznaczony na wsparcie rekonwalescentów. Nie pozostaje mi nic innego jak szczerze zachęcić Was do zakupu i zatopienia się w mrocznym świecie Senui.

Hellblade: Senua’s Sacrifice

Wydawca: Ninja Theory Ltd
Data premiery: 10.04.2018
Cena: 123,99 zł
Gdzie kupić: MS Store
Metacritic: 85

*gra zakupiona ze środków własnych


Copyright © 2018 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.