Padem o ścianę

Life is Strange- Recenzja

Paweł Jastrzębski

Przygodówek nie lubię – i to niestety niezaprzeczalny fakt. Grałem za szczeniaka w Goblins 3, ale to wszystko na co było mnie stać. Nawet przygody Larry’ego mnie nie wciągnęły, a gierki od Telltale traktuje jako farmę gamerscore’a. Kiedy jednak mój serdeczny przyjaciel ze swoją cudowną partnerką opowiadali mi o swoich wrażeniach z Life is Strange nie mogłem pozostawić tego bez przetestowania. I wiecie co? Ukończyłem z zachwytem.

Life is Strange to epizodyczna gra przygodowa typu piont and click, stawiająca głównie na fabułę. Odpowiada za nie francuskie studio Dontnod Entertainment, (twórcy Remeber Me), które dłubać nad tym tytułem zaczęło w 2013 r. Ostatecznie pierwszy epizod tej gry ujrzał światło dzienne 30 stycznia 2015 r. Kolejne epizody ukazywały się zaś w dwumiesięcznych odstępach. Ostatecznie gra zebrała całkiem przyzwoite recenzję (w zależności od epizodu wahają się między 77 a 83). Gra została również dosyć ciepło przyjęta przez graczy i ich portfele, co poskutkowało wydaniem prequela i drugiej części.

Bohaterką Life is Strange jest Max Caulfield – 18-sto letnia uczennica Blackfield Academy, która powraca do swojego rodzinnego miasta, po 5 letnim pobycie w Seattle. Poznajemy ją podczas lekcji fotografii, gdy nawiedził ją koszmar z tornado niszczącym całe miasteczko w roli głównej. Podczas jednej z przerw lekcyjnych w łazience jest świadkiem kłótni dwojga ludzi, w wyniku której ginie młoda dziewczyna. W stresie nasz bohaterka zupełnym przypadkiem orientuje się, że potrafi cofać czas. Od tego czasu jej życie nabiera niemalże superbohaterskiego sznytu. Dodatkowo szybko okazuje się, że uratowana przez nią dziewczyna to jej bliska przyjaciółka z dzieciństwa – Chloe Price – z którą nie miała kontaktu od wyprowadzki do Seattle. Wokół relacji tych dwóch dziewczyn toczy się całość fabuły Life is Strange.

Fabuła Life is Strange początkowo toczy się wokół poszukiwań przez Chloe i Max bliskiej przyjaciółki (a może kogoś więcej?) tej pierwszej, która zaginęła kilka tygodni wcześniej. Za pomocą nowo odkrytych umiejętności Max pragnie pomóc Chloe rozwikłać zagadkę zniknięcia Rachel, a przy okazji pomóc innych uczniom Blackwell Academy.

Historia, mimo, że wydaje się prosta i sztampowa jest bardzo mocnym punktem Life is Strange. Powoli budowana intryga zakreśla coraz to większe kręgi i to, co wydawało się z początku jasne, oczywiste i proste, szybko zmienia się w „spisek” którego nie powstydziłby się niejeden odcinek Z Archiwum X.

Największą robotę jednak w Life is Strange robią umiejętności Max. Dzięki cofaniu czasu praktycznie w każdym momencie możemy wycofać się z wcześniej podjętej decyzji i zobaczyć jak inna ścieżka dialogowa poprowadzi sprawę do przodu. Dodatkowo w niektórych przypadkach możemy zadziałać nieco ostrzej, przycisnąć rozmówce, by nam zdradziła jakąś informację, po czym cofnąć się w czasie i uzbrojeni w nową wiedzę poprowadzić dyskusje inaczej i dojść do celu, o który nam naprawdę chodziło. Zdecydowanie jest to jedno z lepszych wykorzystań motywu podróży w czasie z jakim się spotkałem w grach. Zwłaszcza jeden patent związany ze zmianą dalekiej przeszłości mocno wbija w fotel i daje do myślenia.

I mimo, że sama rozgrywka jest mocno klasyczna i charakterystyczna dla innych gier point and click to właśnie zdolność manipulowania czasem jest dużym wyróżnikiem gry. Dzięki niemy mamy praktycznie nieograniczone pole manewru i nie jesteśmy skrępowani ograniczeniami czasowymi – w ostateczności możemy przecież cofać czas w nieskończoność i szukać właściwego dla nas rozwiązania. Mocno nieoczywiste jest także wykorzystanie umiejętności Max do dostawania się w pozornie niedostępne miejsca. Przykładowo jeśli napotkamy zamknięte drzwi, możemy rozwalić zamek, wejść do środka, cofnąć czas do momentu sprzed rozwalenia zamka i boom – śladów włamania nie ma. Bo musicie wiedzieć, że cofnięcie czasu nie wpływa na Max i zawsze pozostaje ona w miejscu w którym znajdowała się w momencie rozpoczęcia cofania.

Twórcy jednocześnie wykorzystali bardzo fajny patent z „Efektem motyla” – jedna podjęta decyzja w pierwszym epizodzie wpływa znacząco na wydarzenia kolejnych epizodów. To nie to złudne poczucie podjętych decyzji, jak te z którymi mamy do czynienia w The Walking Dead, gdzie człowiek pół godziny zastanawiał się komu dać kanapkę, tylko po ty, by dowiedzieć się, że nie miało to żadnego znaczenia. W Life is Strange nasze działania wpływają na losy, a nawet życie wielu osób. Sprawdza się to rewelacyjnie i wytwarza odpowiedni ładunek emocjonalny nawet dla takiego cynika jak ja 😉

Swoje robi też kreacja głównych bohaterów – pierwsze skrzypce gra co prawda Max, ale Chloe w niczym jej nie ustępuje – obserwowanie ich relacji jest niesamowicie fascynujące. Mam wrażenie, że każdy dostrzeże w niej to co będzie chciał – od przyjaźni, siostrzanej miłości, po relacje zabarwioną seksualnym podtekstem. Twórcy nic nie sugerują – pozwalają graczowi samemu interpretować i dochodzić co tak naprawdę łączy te dwie dziewczyny. Działa to lepiej niż się mogłem spodziewać i jest wielką siłą Life is Strange. Mi osobiście nie przeszkadzało nawet to, że grałem postacią dwa razy młodszą ode mnie, więc mam nadzieję, że i Wam nie będzie to przeszkadzać. Nie raziło mnie także to, że gra w całości toczyła się szkole średniej. Mimo tego, że dawno wyrosłem z wieku nastoletniego, a fascynację Beverly Hills 90210 mam już dawno za sobą, to jednak problemy z jakimi mierzy się główna bohaterka nie rażą żadną teen drama i w niczym nie przypominają typowej produkcji dla nastolatków.

Graficznie Life is Strange jest ciekawe i charakterystyczne. Twórcy postawili na mocno komiksową grafikę, choć nie tak charakterystyczną jak w produkcjach Telltale. Sprawia to, że mimo kilku lat na karku nie razi i nie ciągnie się za nią zapach naftaliny. mimo wszystko jednak animacje postaci nie zachwycają, więc co najwyżej można ją uznać za poprawne. Rzuca się w oczy, że wszystkie kobiece postacie w grze, mimo przekroczenia 18 wyglądają na dużo młodsze. Zakładam, że było to spowodowane mocną próbą odejścia od seksualizowania kobiecych postaci, ale mam wrażenie, że przegięto w drugą stronę. W tym kontekście dobrze, że twórcy co i rusz przypominają, że Max ma 18 lat. Dobre słowo trzeba powiedzieć o muzyce, która dobrana jest świetnie, a użyte w grze utwory maja mocno rockowy sznyt, idealnie sprawdzający się w historii.

Podsumowując Life is Strange to bardzo ciekawa przygodówka, która zapewni Wam całkowite oderwanie się od rzeczywistości i bardzo przyjemną, wciągającą, choć prostą historię. Gra nie jest długa – składa się z 5 epizodów, których przejście każdego zajmie 2-3h. Przy okazji gra zapewni Wam szybki przyrost GamerScore – scalakowanie jej jest banalnie proste, a jedyna trudność, to odszukanie wszystkich opcjonalnych zdjęć. Generalnie jednak zdecydowanie warto zagrać – nie tylko dla łatwych achievementów – ta gra serio może przykuć do telewizora swoją historią i głębią – polecam.

Dodatkowo gra ma tą niepodważalną zaletę, że potrafi przemówić do ludzi, którzy na co dzień nie mają styczności z grami.  Dzięki konstrukcji historii, specyficznym barwom, jak i świetnie dobranej muzyką, oraz braku pewnego rodzaju nachalności rozgrywki, idealnie sprawdzi się jako gra dla ludzi, którzy w gry na co dzień nie grają.

Przy okazji kompletna edycja gry jest także dostępna w Xbox Game Pass więc jeśli nie chcecie wydawać na nią pieniędzy to również macie taką możliwość.

Wydawca: Square Enix
Data premiery: 30 stycznia 2015 r. (pierwszy epizod)
Cena: 69,99 zł (dostępna także w Xbox Game Pass)
Gdzie kupić: MS Store
Metacritic: 77-83

Gra nabyta ze środków własnych


Copyright © 2019 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.