Padem o ścianę

Shadow Warrior – Recenzja

Paweł Jastrzębski

Jak może kojarzycie, pod koniec lat 90-tych pojawił się wysyp wielu FPS-ów, hulających na silniku Duke Nukem 3D i czerpiących garściami z jego mechaniki. Z zalewu marnych produkcji w moim przekonaniu na uwagę zasługiwały dwie gry – Blood i Shadow Warrior (od biedy jeszcze Redneck Rampage). Kiedy więc polskie studio Flying Wild Hog zapowiedziało remake, byłem więcej niż szczęśliwy, ale także pełen obaw – jak się okazuje zupełnie niesłusznie.

Jeśli graliście w Shadow Warrior z 1997 roku, to na pewno pamiętacie, że wyróżniał się on przede wszystkim obecnością katany jako skutecznej broni oraz fajnym, orientalnym klimatem. Pomagała również obecność specyficznego humoru i one linery których nie powstydziłby się sam Książe. Skłamałbym mówiąc, że zagrywałem się jak głupi w  oryginalnego Shadow Warrior, ale swoje godziny przy nim spędziłem. Kiedy więc Flying Wild Hog, twórcy zmierzającego na Xbox One Hard Reset, ogłosili w maju 2013 r., że pracują nad remakiem klasycznego Shadow Warrior, byłem więcej niż zainteresowany. Gra zadebiutowała na PC we wrześniu 2013 r., a 21 października 2014 r. trafiła na Xbox One i PS4. Przyjęta była całkiem nieźle (jej średnia na metacritic to 74 punkty), co zaowocowało ogłoszeniem prac nad kontynuacją.

Mimo mojego początkowego nakręcenia na tą grę, dużo wody w Wiśle upłynęło nim znalazła się na mojej konsoli. Nie żałuje jednak ani złotówki wydanej na nią – dawno nikt nie żerował na mojej nostalgii w tak skutecznym, a przede wszystkim nie nachalny sposób. Od samego początku gra wali pikselami prosto w twarz, a potem jest tylko lepiej 😉

Shadow Warrior - Retro

Podobnie jak w pierwowzorze, głównym protagonistą Shadow Warrior jest Lo Wang. Jest on ochroniarzem niejakiego Pana Zilla, który wysyła go zaopatrzonego w sporą ilość gotówki po legendarny miecz. Jak to w grach bywa, sprawy wymykają się spod kontroli i Wang znajduje się w samym środku inwazji demonów na nasz wymiar. Jak zapewne się domyślacie jedyną osobą, mogącą ją powstrzymać jest Lo Wang – przy wydatnej pomocy przyjaznego demona Hoji. Fabuła szczerze mówiąc jest cienka jak kompot ze ścierki, ale nie ona tutaj najważniejsza. Shadow Warrior bowiem zdobył moje serce klimatem, radochą z siekania demonów i świetnie dawkowaną  nostalgią.

Shadow Warrior - Kill Bill

Twórcy Shadow Warrior bardzo umiejętnie wykorzystuje staroszkolność tytułu. Nie poszli na łatwiznę i nie przenieśli gry 1:1 w XXI wiek. Zamiast tego potraktowali materiał źródłowy jako inspirację, na której zbudowali coś świeżego i własnego. Wspomniana staroszkolność nie przejawia się wyłącznie brakiem regeneracji zdrowia i czy trudnymi przeciwnikami. W Shadow Warrior nie uraczycie chociażby mapy ani tym bardziej znaczników celu. Wszystko robimy na pamięć i na czuja – dokładnie tak jak w cudownych latach 90-tych. Z początku takie podejście strasznie drażni – zwłaszcza jak po omacku szukamy właściwych drzwi, co z braku mapy i chociażby orientacyjnego kierunku często skutkuje kręceniem się w kółko przez dobre kilkanaście minut. Na szczęście stare przyzwyczajenia szybko wracają i w moment udało mi się odnaleźć w mechanice rozgrywki.

Shadow Warrior - Oldschool

Także wszelkie przyzwyczajenia jakie macie po ograniu różnego rodzaju Call of Duty, Battlefieldach czy Halo możecie spokojnie wyrzucić do kosza. Powraca w pełnej chwale strafe’owanie (jeśli mnie pamięć nie myli, to w Duke Nukem 3D i oryginalnym Shadow Warrior służyła do tego kombinacja „ALT+kierunek 😉 ), powracają areny i kill roomy wypełnione hordami przeciwników tylko czekających by wysłać ich na tamten świat. Powracają również przerośnięci bossowie. Generalnie rozwałka jest staroszkolna w dobrym tego słowa znaczeniu. Na początku, przyzwyczajony do nowoczesnych shooterów standardowo wybrałem najwyższy poziomi trudności, jednak szybko okazało się, że byłem dla siebie zbyt łaskawy i szybko wróciłem do niższego. Początkowe etapy (zanim się człowiek przyzwyczai) potrafią nieźle dać w kość, ale później, w miarę rozwoju postaci, jest już dużo łatwiej.

Shadow Warrior - Tło

W eksterminacji demonich hord pomoże nam całkiem rozbudowany arsenał broni. Zaczynamy standardowo z kataną i rewolwerem – przy czym twórcom udała się trudna sztuka i katana jest pełnoprawną bronią i nie zostaje porzucona. A wszystko dzięki wyposażeniu jej w specjalne ataki. W miarę postępów w rozgrywce zbieramy punkty karmy, które możemy następnie wymienić na ulepszenia zdolności. I tak za pomocą katany możemy np. odpalić fale uderzeniową, czy atak obszarowy, przydający się do atakowania otaczających nas wrogów.

Shadow Warrior - Hoji

Reszta broni również jest standardowa – oprócz wspomnianej katany i rewolweru dostajemy: pistolet maszynowy, kuszę, strzelbę, miotacz ognia i rakietnice. Dodatkowe dwie bronie również są żywcem wyjęte z oryginału – są to: serce demona, które powoduje śmierć wszystkich demonów w małym promieniu oraz głowa demona, która strzela laserami z oczu. Każdą „konwencjonalną” broń możemy ulepszać za dodatkową kasę. Ulepszeń jest mnóstwo – od szybszego strzelania z rewolweru, przez umiejętność posługiwania się dwoma UZI po wybuchające strzały do kuszy. Różnorodność uzbrojenia zdecydowanie trzeba zaliczyć na plus, ale szczerze powiedziawszy, na późniejszych etapach, w zależności od przeciwnika, korzystałem głównie z rakietnicy i UZI. Co ciekawe, wszystkie te bronie możemy nosić jednocześnie – nie zostaniecie więc zmuszeni do ograniczenia się do dwóch broni głównych i jednej wspomagającej.

Shadow Warrior - Sad

 

Miarą dobrego shootera bez wątpienia jest satysfakcja jaką czuje się z dziesiątkowania sił przeciwnika – w Shadow Warrior stoi ona na naprawdę wysokim poziomie. Co najważniejsze rozgrywka nie jest banalna i nie ogranicza się do trzymania wduszonego prawego spusty. Poziomy trudności wyższe niż „Normalny” wymuszają zachowanie odpowiedniej koncentracji. Podczas walki trzeba być mobilnym jak cholera – dłuższe pozostanie w miejscu może skutkować solidnym ciosem w ryj – zwłaszcza, że nie ma w Shadow Warrior systemu osłon. Najwięcej satysfakcji dawała mi walka mieczem, właśnie dzięki wspomnianym wyżej ciosom specjalnym, których wykonywanie kojarzyło mi się niemalże z Mortal Kombat – np. żeby odpalić fale uderzeniową należało wdusić kombinację 2xtył + RT. Niby drobnostka, ale czasami w ferworze walki miałem spore problemy z odpaleniem odpowiedniego „ciosu”.

Shadow Warrior - Duży demon

Podczas walki warto pamiętać również o mocach specjalnych (rozwijanych w miarę postępów w rozgrywce). Dzięki nim możemy np. złapać przeciwników w pułapkę (2xtył + LT) albo przywrócić sobie trochę zdrowia (2xprawo + LT) – zwłaszcza ta druga potrafi uratować życie gdy apteczek brak 😀 Im więcej opcji eksterminacji użyjemy podczas walki, tym więcej punktów karmy (za które rozwijamy postać) zdobędziemy, tak więc opłaca się używać czegoś więcej niż tylko karabinu.

Shadow Warrior - małe demony

Minusem Shadow Warrior bez wątpienia jest monotonia rozgrywki – niezależnie od rozdziału przechodzimy od jednego kill roomu do drugiego i wykańczamy hordy wrogów. Umieszczenie krótkich fragmentów gdy możemy postrzelać z działka stacjonarnego wiele niestety nie daje 🙁 Nie da  się również ukryć, że Shadow Warrior jest klasycznym przykładem tunelowego shootera, co samo w sobie nie jest wadą – Call of Duty radzi sobie z tym elementem doskonale – ale w brakuje jakiegoś urozmaicenia, które złamałoby szablonowość poziomów.

Shadow Warrior - Boss

Fajnie za to zrobiono pojedynki z bossami – aż szkoda, że jest ich tak mało. Generalnie są one schematyczne, ale satysfakcjonujące. Polegają zwykle na pruciu ile fabryka dała w określone miejsca na zbroi bossa. Gdy odpowiednio zbroje naruszymy, pojawi się kryształ, który również musimy ostrzelać. Wydaje się proste, ale gdy na celowniku brak jest oznaczenia celu (w sensie – nie zmienia się na czerwony) poziom trudności znacznie wzrasta. Musze przyznać, że właśnie pojedynki z bossami są najbardziej satysfakcjonującą częścią Shadow Warrior. Aż szkoda, że jest ich tak mało – raptem trzy na całą grę.

Shadow Warrior - Boss 2

Wielki plus należy się twórcom za elementy humorystyczne, wplecione do rozgrywki. Młodszym graczom mogą wydawać się one suche jak pięty Cejrowskiego, ale dla wychowanego na filmach akcji z lat 80-tych są one jak miód na serce – przy czym udało się twórcom nie popaść w śmieszność. Wielką rolę odgrywają w tym znajdowane tu i ówdzie ciasteczka z chińską wróżba, które mają dla nas jakieś „głębsze” przesłania. Najwyższych lotów one nie są, ale w konwencji sprawdzały się bardzo fajnie.

Shadow Warrior - Wróżba 1

Shadow Warrior - Wróżba 2

Shadow Warrior - Wróżba 3

Shadow Warrior bez dwóch zdań może kandydować do tytuły najlepszych easter eggów branży. Niestety większość zrozumiała będzie tylko dla graczy pamiętających Duke Nukem 3D czy oryginalnego Shadow Warrior, ale i tak ciężko nie uśmiechnąć się do wspomnień widząc kąpiącą się mangową panienkę zrobioną z dwuwymiarowego spirite’a, czy też stojącego w rogu automatu z oryginałem

Shadow Warrior - Panienka

Shadow Warrior - oryginał

Tego typu nawiązań w grze jest milion, co jednocześnie jest wadą jak i zaletą – z jednej strony starszy gracz poczuje się jak w domu, ale z drugiej młodszy co i rusz będzie miał odczucie typu „what the fuck”. Odnoszę wrażenie, że cały remake Shadow Warrior to jedno wielkie puszczenie oczka do pokolenia obecnych 30-sto latków – młodsi gracze mogą poczuć się lekko zagubieni.

Shadow Warrior - Bałwan

Strona techniczna Shadow  Warrior stoi na przeciętnym poziomie. Grafika jest co najwyżej poprawna, a dźwięk tak naprawdę nie istnieję. Drażnią zwłaszcza, odgłosy wystrzałów, którym brakuje solidnego pierdzielnięcia – w ogólne nie czuć, że używa się broni palnej.  Grafika zaś, mimo bardzo ładnych teł, to solidne stany średnie – rewelacji nie ma, ale dramatu również. Czasami zdarzają się delikatne chrupnięcia i spadki płynności, ale co do zasady jest dobrze.

Shadow Warrior - jaskinia

Podsumowując Shadow Warrior to uczta dla starszego gracza, a jednocześnie doskonały przykład jak należy odgrzewać kotlety – z szacunkiem dla przeszłości, ale jednocześnie śmiało wpatrując się w przyszłość. Jeśli graliście w oryginał, to będziecie zadowoleni. Jeśli nie graliście, a chcecie wiedzieć, co tak starszych kolegów rajcuje w starszych grach to … poczekajcie  na przecenę i zagrajcie 😉

Shadow Warrior jedzie na nostalgii tak, że bardziej się nie da. Mimo to robi to z takim wdziękiem, że trudno mieć mu to za złe 😀 W każdym razie ok 20 godzin jakie spędziłem z najnowszymi przygodami Lo Wanga absolutnie nie były godzinami straconymi – bawiłem się bardzo fajnie.


Copyright © 2021 Padem o sciane. Wszystkie prawa zastrzezone.